Wszystko wskazuje na to, że nie pobiję rekordu z poprzedniego roku, gdy podsumowanie wyszło 3 marca. Najpierw muszę się pożalić, że mam 28 lat. To znaczy w marcu będę miał, ale nie wypada mi podobno robić połowy rzeczy, które teraz robię. No i co poradzić? Nic nie zrobić? Oczywiście, że tak.

    O świętach jest już napisane w tekście, sylwestra zgodnie z obietnicą sam zrobiłem i było naprawdę dobrze, ale zleciało mi błyskawicznie. Tym razem bez roboty w Nowy Rok, ale za to znowu z galą MMA w Japonii ;)

    Niestety nie miałem pomysłów na innowacje, ale za rok wymyślę najwyżej dwie :P Dobra, lecimy.

     

    STYCZEŃ

    *przywitanie nowego roku w Łucce u Magdy na hawirze. W praktycznie takim samym gronie jak rok wcześniej plus jeszcze parę dodatkowych osób. Było świetnie, ale ja musiałem się trochę oszczędzać, ze względu pracy od 14.00 w… Warszawie ;) Dzięki moim rodzicom udało się przetransportować wprost z imprezy na PKS w Lublinie. Wyrobić się wyrobiłem, także myszyn komplyt.

    *kontuzja numer 1 – przed turniejem WOŚP stwierdziłem, że wypróbuję nową maść rozgrzewającą. Efekt był tego taki, że w jednym z pierwszych meczów coś strzeliło mi w okolicach kolana. Zawody dograłem. Mało tego, jeszcze wieczorem zagrałem w lidze, ale spotkania już niestety nie dokończyłem. Efekt? Półtora miesiąca rehabilitacji. Na szczęście okazało się, że padła „czwórka” a nie coś w kolanie.

    *turniej WOŚP – z nową ekipą od Majkela. Sportowo wypadło nieźle, bo doszliśmy do ćwierćfinału.

    *przeprowadzka! – po półtora roku mieszkania na Śródmieściu powróciłem na Bielany, do tego jakieś 200 m od poprzedniego lokalu. Dzięki Kowalowi, który pomógł mi przewieźć wszystkie graty. I to wszystko za pierwszym razem! Zanim jednak wróciłem do normalnego życia, trzeba było trochę czasu, aby kwadrat (i różne rzeczy na nim) ogarnąć.

    Soundtrack:

    Zbigniew Stonoga Lean On rmx

    Jedyny link do muzyki, jaki zamieściłem w styczniu. Okazało się, że ten remix zapoczątkował serię przeróbek ze słynnym orędziem ZS, a z niego samego uczynił internetowym celebrytą pełną gębą. Typowa wrzutka, gdy znajdę w necie coś bekowego, bez większej historii i drugiego dna.

    LUTY

    *powrót do gry – po półtora miesiąca. Myślałem, że to długo, ale jak się miało okazać, najgorsze mnie jeszcze czekało.

    *rozgrzewka przed imprezą – dzień wcześniej wpadli Maciej z Magdą na kwadrat. Posiedzieliśmy, popiliśmy nieco trochę i wyszło tak, że się z nimi zabrałem, a tam kontynuowaliśmy :P Następnego dnia myślałem, że mi od wina łeb urwie…

    *impreza numer jeden – z ziomkami z pracy, w kameralnym gronie przetestowaliśmy po raz pierwszy moich sąsiadów. Test zdany z wyróżnieniem. Innymi słowy zero przypału. Plus legendarny sms do ziomka o godzinie bardzo późnej „jak wyjdziesz z tego kibla to kładź się i chuj”.

    Soundtrack:

    Tede – Wyje Wyje Bane

    Hymn pierwszej najby na nowym kwadracie. Śpiewanie tego na cały głos po 3 w nocy – bezcenne. Wspaniały tester sąsiadów.

    pozostałe:

    Tede – Tak nam dobrze

    Parzel & Siwers – 300 km/h

    MARZEC

    *impreza numer dwa – tym razem trochę większa frekwencja gronem lubartowsko-krakowskim. Co ciekawe, zakończona na Białołęce dwa dni później.

    *27 – tak się jakoś dziwnie złożyło, że moje urodziny przypadły w okolice świąt wielkanocnych. Jeszcze dziwniej złożyło się, że z Senonem tradycyjnie już ruszymy w miasto. Absurdem był jeszcze fakt, że zdecydowaliśmy się na to w Wielki Piątek, gdzie prawie wszystko było pozamykane. Ale od czego jest Dom Kultury? Szału raczej wielkiego nie było, ale nie powiem, że też było źle. Skończyło się tak, że wróciłem jeszcze o własnych siłach na PKS i pojechałem do domu, chociaż kierowca busa miał pewne obiekcje…

    *ostatnie przygotowania do mistrzostw w Lublinie – święta to wiadomo, że spotkania z rodziną i znajomymi, ale również pamiętałem o zawodach, które miały odbyć się 1 kwietnia. Dlatego też klepnąłem sobie gierkę treningową w rodzinnych stronach mimo iż nogi z jakiegoś powodu odmawiały posłuszeństwa.

    *świąteczna Zgoda – tego samego dnia wybrałem się na Zgodę, gdzie spotkałem bardzo dużo niewidzianych wcześniej twarzy. Wspaniała sprawa przy świętach. Wróciłem do domu zrobiony, ale z klasą!

    Soundtrack:

    Vienio & Pele – Tak Od Siedmiu Lat

    „Nie wiem czy to wszystko w dobrą stronę idzie” – taki cytat z refrenu świetnie opisuje to, co miałem w tamtym czasie w głowie. Nie wiem zupełnie, dlaczego ten kawałek mi się przypomniał w głowie, ale nawet mnie zaczęły dopadać refleksje związane z wiekiem. Czy to w dobrą stronę idzie? Czy powinienem coś diametralnie zmienić w swoim życiu? Postawić na coś konkretnego, a nie angażować się jak dotychczas w wiele różnych zajawek?

    pozostałe:

    Fandango Gang – Jestem sobą RMX

    Włodi – Stawka większa niż…

    Eldo – 27

    Empiria – Moja Empiria

    KWIECIEŃ

    *wygrane mistrzostwa – cóż więcej napisać! Największy sportowy sukces roku no i pierwszy taki od kilku lat. Co ważne, na moim terenie, w Lublinie!

    *Toruń służbowy – powrót z Lublina, niecałe 3 godziny snu i na centralny, aby z pracy pojechać do Torunia. Początkowo zamysł był taki, żeby po powrocie do hotelu zrobić swoje i iść spać, ale koniec końców i tak wyszedłem na after. Tam nie posiedzieliśmy zbyt długo i kontynuowaliśmy w hotelu.

    *najgorszy mecz w sezonie – powrót z Toronto, szama, sen i na mecz. Wydawało się na początku, że przeciwnik nie zbierze składu, a nie dość, że zebrali to jeszcze nam dwucyfrówkę wcisnęli. Nie ma się co oszukiwać, miałem trochę w tym udziału.

    *powrót do liceum – jako absolwent na specjalne spotkanie ale i tak fajna sprawa wrócić w takie miejsce ;) wieczorem jeszcze afterek w Lublinie.

    *UW Cup – najpierw pierwsze miejsce w grupie eliminacyjnej, a tydzień później wyjście z grupy w finałach i odpadnięcie w ćwierćfinale z jedną z faworyzowanych ekip. Do karnych brakowało niewiele. Później after w jednym z lokali na Woli i mój popis na karaoke :D

    *wesele Ł – właściwie to nie wesele, a impreza zamknięta po ślubie. Popite, pośpiewane, pogniazdowane i nawet poimprezowane. Pod lokalem jeszcze mała scysja z miejscowymi. Zakończywszy na burgerze około czwartej w centrum, wcześniej, jadąc taksówką, będąc zahaltowanym przez policję. Koniec ok 6-7.

    Soundtrack:

    Ośka ft. Tede, Kołcz, Kiełbasa – Bezele Kochanie

    Kawalina symbolizująca mocno sportowy charakter tego miesiąca. Mistrzostwa + UW Cup + zakończenie sezonu. Dlaczego akurat tak? Właśnie po tych drugich zawodach to zarapowałem na karaoke! Normalnie szaleństwo, bo nikt w lokalu nie spodziewał się takiego obrotu spraw ;)

    pozostałe:

    Samy Deluxe – Zuruck

    Infernal – I Won’t Be Crying

    Pono – Spokój Ducha

    Warszafski Deszcz – Już od 99′ Płynę

    MAJ

    *finał Pucharu Polski – pierwszy raz jako kibic na Narodowym no i trafiliśmy na GRUBE widowisko. Może nie na boisku, ale na trybunach było mega! Co prawda o bilety było dość trudno, ale było warto! Później dwuetapowy afterek. Świetnie.

    *dentysta – przyszedł ten czas, by po dłuższym czasie bez odwiedzin udać się do specjalisty. Okazało się jednak, że nie ma dramatu i wystarczyły dosłownie 4 wizyty na skrajne zęby z tyłu szczęki.

    *kawalerski Kowal – z racji rozkręcającego się sezonu wesel, oznaczało to także wzmożone wieczory kawalerskie. Na pierwszy ogień poszedł ten Kowala. Gromada facetów, paintball w LBN, dom na wsi i mnóstwo żarcia oraz alko… Można tylko się domyślać, że było grubo. A było! W moim rankingu najgrubsza tego typu impreza, najmniej hamulców, najdziwniejsze pomysły i najwięcej sił. Do tego trudne sprawy i niedopuszczanie do kaca. A zapomniałbym jeszcze o tym, że cały wyjazd „sponsorował” Snapchat :P

    *przemiana – trudne sprawy, trudne rozmowy, które poskutkowały jednak zmianą w myśleniu na lepsze… przynajmniej na jakiś czas

    *feta – na stulecie mistrzostwo trzeba było oblać godnie, a tradycyjnie na ostatnie spotkanie w sezonie wpada Majsin i uskuteczniamy najbę. Najpierw szamka i coś do tego, a potem ruszamy na stadion zaopatrzeni w „prowiant”. Niestety w depozycie nie przyjmują plecaków z „prowiantem”. Już mieliśmy to zostawić gdzieś w krzakach, ale zgadaliśmy się z zaprzyjaźnioną ekipą, która miała samochód w zanadrzu, gdzie można było to zostawić. Potem mecz i marsz na starówkę, po drodze szukając jeszcze miejsca w którym można coś zjeść. Niestety nie można mieć wszystkiego, więc na plac dotarłem głodny. Po przejechaniu autokaru udaliśmy się za nim aż na stadion, a potem do źródła, a następnie pod kebaba w centrum, gdzie zrobiliśmy sobie z inną ekipą mały koncert :P Mimo usilnych prób kontynuowania u mnie na bazie, jednak nie zdecydowaliśmy się na ten ryzykowny ruch :P

    *Włochy – dzień później miałem zebranie dotyczące wyjazdu do Włoch. Okazało się, że jedziemy w sobotę, czyli dzień wcześniej. Dlatego nie byłem na ślubie u Kowala. No ale meritum – wyjazd świetny, masa zdjęć, doświadczeń i widoków. Może warunki trochę cygańskie, ale naprawdę świetny wyjazd. Po czymś takim naprawdę doceniłem własne łóżko czy prysznic z ciepłą wodą.

    Soundtrack:

    HIFI Banda ft. Reaggenerator – Chciałbym

    Miało być melanżowo pod znaiem 2 Unlimited, ale stawiam tu jednak na autorefleksję podczas powrotu do stolicy w połowie miesiąca i wieczornego mycia naczyń. Właśnie podczas tej czynności rozkminiam sobie różne rzeczy i będąc bardzo przybitym, uświadomiłem sobie, że po prostu należy przyjąć zupełnie inną, pozytywną postawę do życia. Przyznam, że w tamtym czasie coś mi się przestawiło w głowie na jakiś czas, ale bardzo korzystnie. Właśnie track HIFI był pierwszym, który poleciał z głośników tamtego wieczoru, a sam tekst oddaje podstawę całej zmiany.

    pozostałe:

    2 Unlimited – No Limit

    2Pac – Breathin’

    Włodi – Jaknowonarodzony

    Pezet & Małolat – Hip-Hop Robi Dla Mnie

    CZERWIEC

    *Copa America – przygrywka przed Euro. Mecze do godziny 6-7, ale prawdę mówiąc na jedno oko.

    *AOS weeekend – długo wyczekiwana, tradycyjna impreza „posesyjna”. W piątek było jakieś popieprzone oberwanie chmury i idąc do bazy do Kuliniaka mocno mnie zmoczyło. Niestety nie miałem przeciwdeszczowego dermoszpanu, więc cały zmokłem. Na szczęście jednak gospodarz użyczył mi kurtały, dzięki której udało mi się przeżyć. Plan wyglądał tak, że ustawiliśmy się w nowym przybytku Lublina zwanym Podwórkiem (tam gdzie KUL miał kiedyś budynek). Czekałem półtorej godziny, ale nikt się nie zjawił, a poza tym było mi zimno (krótkie spodnie…). Dlatego więc pojechałem do bazy na Hirszfelda, przebrałem się i po jakimś czasie trafiliśmy do św. Michała z niedużą ekipą. Dzień później ustawiliśmy się w Chińczyku na oglądanie meczu Euro, a potem tradycyjnie melanż na AOS-ie. Przez ten cholerny deszcz i ogólnie niską temperaturę jak na czerwiec, cały czas czułem, że nie czuję się idealnie, ale stwierdziłem, że wyleczę się piwem. Wyszedłem na tym tak, że następne pól tygodnia jechałem na lekach ;P. Sama impreza jednak jak zwykle mega, chociaż w tym roku frekwencja niższa niż w poprzednich latach. Świetna sprawa było zobaczyć twarze, z którymi tak wiele przeżyłem. Widzimy się w czerwcu 2017!

    *wesele Magda i Maciek – sezon należało rozpocząć godnie i tak w sumie było. Kilkadziesiąt km od Kielc miała miejsce bardzo dobra impreza. Najpierw pod Końskmi ślub w kameralnej atmosferze, a następnie impreza w mega fajnym lokalu. Początkowo wysokie tempo spowodowało, że musiałem zrobić sobie przerwę. Na szczęście po półtorej godziny wróciłem do akcji. Co jeszcze? Do tego ostatnie efekty przeziębienia, którego nabawiłem się tydzień wcześniej, ale poza tym było naprawdę mocno! Trochę zmuliłem się przez jakiś czas, ale później już byłem w wysokiej formie :P Ostatnie półtorej godziny (przynajmniej :P) to całkiem miła rozmowa… ale bez ciągu dalszego if you know what I mean ;)

    *Euro 2016 – powiem szczerze, że przez nawał pracy (często bardzo ciekawej, ze względu na nowe obowiązki) i turniej w PPV nie za bardzo poczułem ten turniej (może poza paroma pierwszymi dniami). Dobry wynik Polaków, a poza tym sporo nudnych meczów.

    *puchar jest nasz! – gdy byłem prawie dwa miesiące po sezonie odezwał się do mnie Radosław, czy nie zagrałbym w meczu na hali, który będzie decydującym o wygraniu ligi. Stwierdziłem, że można wrócić, wszak Dania w 1992 też była zespołem wczasowiczów a Euro wygrali. Tak było też tym razem! Swoją drogą rozgrzewka na hali latem ma swój zasadniczy plus – szybciej się rozgrzewam :P Później świętowanie sukcesu tam gdzie zawsze (U. :P).

    Soundtrack:

    3oda Kru – Czambałimbe

    „Ziomek prosta sprawa jest, jedziemy do Lublina!”, czyli motyw przewodni pospolitego, czerwcowego ruszenia absolwentów wiadomego kierunku, wiadomej uczelni! „Gdzie są najlepsze biby? W Lublinie!!!”. Przyznam, że zawsze, gdy wracam do tego miasta, często tęskni mi się za melanżami w lubelskiej scenerii i m.in. stąd tak wielki sentyment do tego miejsca.

    pozostałe:

    Snow Tha Product – Nights

    Stasiak – Nie Wychodźmy Dzisiaj z Łóżka

    LIPIEC

    *kawalerski Zbytek – druga impreza tego typu, pod Kazimierzem jak to określiliśmy – w rezydencji Kwaśniewskiego :P. Dobra impreza ze schematem podobnym, jak przy wcześniejszej tego typu okazji. Tutaj jednak zabrakło trochę mocy – mi pierwszego dnia, reszcie drugiego. Imprezą towarzyszącą – kajaki. Man of the match drugiego dnia – Kosi ;P

    *szóstki – jakoś konsekwentnie ostatnio udawało mi się omijać tego typu rozgrywki, ale w ramach jakiegoś tam podtrzymania dyspozycji po sezonie zgodziłem się na wakacyjne kopanie na Warszawiance. Pierwszy mecz całkiem niezły, a do tego zrobiliśmy sobie grube rozpoczęcie, bo po meczu udaliśmy się nad Wisłę. Tekst Zbigniewa S. absolutnym hitem tego wieczoru. Finisz w Kebab Kingu i zawijka uberem :P

    *kontuzja – przy drugim meczu zdarzyło się coś, co później wyeliminowało mnie na kilka ładnych miesięcy. Mocny strzał i wygięty nadgarstek sprawiły, że miałem wrócić za jakiś tydzień-dwa, a stanęło na pauzie do grudnia.

    Soundtrack:

    AlunaGeorge – I’m In Control

    Odkrycie lata. Coś w stylu Major Lazera, ale nie do końca. Idealne na letnią, dobrą imprezę (a takowa nawiasem mówiąc nie miała miejsca). Tak dobre i wpadające w ucho, że później wykorzystałem to do jednej ze swoich produkcji audiowizualnych.

    pozostałe:

    Hemp Gru & Mr. President – To Jest To/Coco Jambo (blend)

    Hemp Gru – 63 Dni Chwały

    SIERPIEŃ

    *wesele Zbytki – pierwsza moja tego typu impreza z ekipą i trzeba przyznać że było przegrubo. Bardzo mocne tempo od samego początku i coraz lepsza zabawa z każdą kolejną godziną. Gdyby nie godzina przerwy, pewnie bym nie dotrwał do końca. A tak, to tylko nie pamiętałem paru szczegółów. Co ciekawe, po stosunkowo krótkim odespaniu w autobusie powrotnym jak przyszedłem do domu to gęba mi się nie zamykała. Inna interesująca rzecz jest taka, że cały następny dzień zdychałem, a efekty tego melanżu czułem jeszcze na kolejny dzień. To drugi taki przypadek w moim życiu (po… 18 Czekona i Romana). A bym zapomniał… przez część wesela sprawdzałem info na temat Majki jadącego po medal w Rio. Nawet na chwilę złapałem streama ;)

    *Rio 2016 – nie wiem czemu, ale również jakoś specjalnie nie poczułem tych igrzysk. Części medali nie widziałem i jakoś ogólnie mi się to wszystko rozmyło. Wynik jednak niezły, lepszy niż w ostatnich -nastu latach.

    *premiera filmowa – chłopaki z pracy wpadli oglądać zmontowany film z zawodów i skończyło się tak, że z jednym zostaliśmy i pod wpływem rozkminialiśmy polskie teledyski rapowe

    *Wisła – dzień później wracając do domu od Magdy i Maćka nawiązałem kontakt z jegomościem z poprzedniego podpunktu i udałem się spontanicznie nad Wisłę. Później zostałem z innym ziomkiem, który mógł DUŻO przyjąć (i to naprawdę dużo). Chwilę próbowaliśmy coś podziałać, ale w końcu wróciłem do mieszkania.

    *Liga Mistrzów – w końcu udało się osiągnąć ten upragniony awans, chociaż szału nie było. Działo się to wszystko z gościnnym udziałem Majsina i legendarnego Kadama :D Przyznać jednak muszę, że mocniej było przed meczem niż po

    *urlopy – tym razem dwa tygodniowe, ale nic ciekawego specjalnie raczej się w tym czasie nie działo.

    *kawalerski S – kolejna dwudniówka w ostatni weekend sierpnia, ale z moim udziałem tym razem jeden dzień. Pierwotnie w ogóle nie miałem tam jechać, bo byłem już wcześniej poustawiany. Plany jednak nie wypaliły i zdecydowałem się przyjechać na sobotę. Żeby było zabawniej, cały czas myślałem, że jest to gdzieś na lubelszczyźnie, a okazało się, że są to okolice Płocka… Jeden dzień, ale bardzo intensywny ;)

    Soundtrack:

    Lukasyno – Zabierz Mnie Tam

    Jedyna sierpniowa pozycja. Efekt Hip-Hop TV w kablówce. Po jakichś kilkunastu dniach jednak zaprzestałem oglądania tej stacji, bo rotacja niektórych kawałków była wręcz nieznośna.

    WRZESIEŃ

    *mecz z BVB – chyba jedynym pozytywem była oprawa. O reszcie wolę nie wspominać.

    *wesele Sianków – impreza w podobny gronie co w sierpniu, ale tutaj (przynajmniej w moim przypadku) nie było tak patologicznie. W pewnym momencie odcięło mi jednak prąd i stwierdziłem, że wracam z częścią ekipy nieco wcześniej.

    Soundtrack:

    brak

    PAŹDZIERNIK

    *Polska – Armenia – Magda wyciągnęła mnie na Narodowy na mecz kadry. Byłem po raz pierwszy i raczej nie było to wielkie widowisko ;). Wynagrodził jednak trochę gol w ostatniej minucie ;)

    *studencki czwartek – spontaniczny wypad z Senonem na Lublin. Tym razem było tak jak być powinno, tzn. nie było za mocno, nie było za słabo, ale w sam raz ;). Do tego zaliczone dwie imprezy jednego wieczoru i szczęśliwy, bezkolizyjny powrót na bazę. Trochę się czasy studenckie przypomniały! #maloznanyfakt jest taki, że nie musiałem pożyczyć koszulę, bo miałem tylko koszulkę piłkarską ze soba :P

    *mecz w Madrycie – w sumie ja oglądałem go tylko przed telewizorem, ale miała być dwucyfrówka i obrona Częstochowy, a skończyło się w sumie nienajlepiej, ale i tak lepiej, niż się wielu spodziewało ;P

    *wesele Łycha – zamknięcie weselnego sezonu z osiedlową ekipą. Mocna impreza, ale bez zmułki. Tempo było tak dobre, że zupełnie nieprzyzwyczajony do poprawin (na wcześniejszych weselach nie było tego typu okazji) dzień później byłem mega zmęczony.

    *wyjazdy – w pracy coś nowego i wydawało się, że może to być początkiem czegoś większego

    Soundtrack:

    brak

    LISTOPAD

    *Legia – Real 3:3 – puste trybuny, ale uczucia przy bramce na 3:2 nic nie odbierze!

    *zakończony kolejny etap w pracy

    *wizyta we Francji – Paris? I’m not impressed.

    *służbowy Gdańsk i koszmarna wpadka, ale także całkiem miłe spotkanie

    *koncert Braci Figo Fagot w Remoncie – genialny, przegenialny! Przejebane pogo pod sceną do tego stopnia, że wyszedłem cały mokry i zgubiłem w tej całej ścianie śmierci jeszcze zegarek :P ale tak czy inaczej było warto!

    Soundtrack:

    Bracia Figo Fagot – Najebany To Do Domu

    Zastanawiałem się jeszcze, czy z uwagi na podróże dać „Paris”, ale jednak wygrywają BFF, czyli niezwykle mocny koncert w legendarnym Remoncie. Co ciekawe, początkowo nie byłem zbyt przekonany do tego utworu, ale zaczął po jakimś dłuższym czasie siadać. O samym koncercie napisałem chyba wszystko. No i to był jeszcze impuls do sprawdzenia całej płyty!

    pozostałe:

    Raekwon/Ghostface Killah – Criminology

    Empiria – Moja Empiria

    Rohff – Paris

    Gangstarr Foundation – Three Evil Masters

    Snow Tha Product – Nights

    Axel Thesleff – Bad Karma

    GRUDZIEŃ

    *koncert Tedego – wszystko trafnie opisuje mój komentarz na fb: Byłem. Jakoś tak się złożyło, że pierwszy raz na koncercie Jacy od 2007 roku. Nie wiem, jaki jest repertuar na regularnych koncertach, ale odniosłem wrażenie, że i tak nacisk położony został na nowe rzeczy. Nie czułem aż tak bardzo, żeby to było dwudziestolecie. Poza tym kompletnie została pominięta „Ścieżka Dźwiękowa”, a trochę szkoda, bo to naprawdę dobra rzecz. Liczyłem też na jakiś element zaskoczenia, typu niespodziewany gość, typu Kołcz, Ceu itp. ale już wiem, że pewne rzeczy się już na pewno nie zdarzą. Generalnie wszystko zostało zawężone do twórczości solowej, pomijając m.in WFD, czy Buhhy. Duży plus to żywy band, który naprawdę dał radę. Miałem pewne obawy co do „zaskakujących aranżacji”, ale tutaj naprawdę wyszło świetnie. Drugi, humorystyczny to zarapowanie zwrotki Bonusa i to dwukrotnie. No i obecność Skawińskiego! Poza tym bezcenne uczucie jak Tede zaczął grać „Wyścig Szczurów”, a dwóch gości przede mną kompletnie nie wiedziało o co chodzi. Podsumowując, wybrać się „było warto”, ale czegoś mi i tak tego wieczora zabrakło.

    *druga praca! – piękny news, bo jak nie było wystarczająco zajęć w pierwszej, to musiałem poszukać w innym miejscu. Udało się i jest naprawdę dobrze.

    *KSW z Popkiem – część obejrzana w Remoncie, część w Gęsi, ale ogólnie nie było źle… No, myślałem, że Popuś trochę dłużej powalczy.

    *Legia – Sporting – mega korba, miażdżący doping i rewelacyjny wynik! Czy mogło być piękniej?

    *impreza firmowa – zwyczajna najba w firmie z… niezwyczajnym dalszym ciągiem :P Jak coś roku piszę, że mogłoby się coś ruszyć, tu teraz już tego raczej nie zrobię ;) Mogło oczywiście wyjść lepiej, ale jak na mnie to i tak sporo.

    *powrót na boisko! – stopniowo najpierw na bramkę, potem pierwszy ligowy mecz w sezonie. Niestety w drugim nie zagrałem przez paskudne stłuczenie łokcia w jednym z lokali (gdy paradoksalnie byłem jeszcze trzeźwy)

    *ostatni wypad na miasto – ja po gierce, znajoma ekipa po ostatnim meczu. Ja rozwaliłem sobie (na trzeźwo!) łokieć, a później kontynuowałem w U. z Radosławem i z Ch. , który się ze mną postanowił tam wybrać. Następnie mała zmiana lokalu, gdzie mało nie doszło do zadymy (jedyny, który ogarniałem) aż w końcu wróciliśmy nocnym. Wróciłbym szybciej, gdyby nie to, że Ch. wysiadł w tym samym miejscu co ja (miał jechać dalej) zostawiając przy tym torbę. Oczywiście ja znowu wykazałem się trzeźwością umysłu i wszystko telefonicznie ogarnąłem. Później włączył mi się chatterbox i do 7 siedziałem na fejsie o gadałem z ludźmi, którzy zabierali się do pracy :P

    *okres świąteczny – czas dobry, ale odnoszę wrażenie, że mając wolne kilka ładnych dni przed świętami jakoś mi się to wszystko rozmyło. Do tego nie byłem w idealnej dyspozycji fizycznej, bo zdrowie lekko świrowało. Przy świętach naprostowałem jedną sprawę, która była moim małym trzęsieniem ziemi, do tego zobaczyłem kilka znajomych twarzy, których dawno nie widziałem, a także… dowiedziałem się, że pierwsza osoba z ekipy będzie mieć dziecko! No szok z jednej strony. Z drugiej to już taki wiek, że to chyba normalne? Z tym dosyć dziwnym uczuciem wracałem do miasta stołecznego ze świąt.

    Soundtrack:

    Hades – Tylko Ty

    Grudzień… zima, święta, śnieg… no, z tym śniegiem to może przesadziłem lekko. W każdym razie utwór, który stoi trochę w kontrze do tej całej scenerii, ale był tak dobry i zaskakujący, że musiał się tu znaleźć. Co do tekstu… to ma on także pewne znaczenie, ale ze sobą wiązałbym go raczej luźno ;)

    pozostałe:

    Hades – Tylko Ty

    Big Cyc – Wspaniałe Miasto Amsterdam

    Egotrue – Wahadło

    Bracia Figo Fagot – Wóda Zryje Banię

    Ludzie:

    robo – bo wszyscy niszczymy system. Bywa różnie, ale takiego zbioru różnych indywiduów ze świecą szukać!

    FCK – i do piłki i do szklanki!

    Ekipa lubartowska – Kowal, Wiechu (ryje banię po pijaku!!!), Jacob, Palom, Kosi, Sianek, Zbytek z przyległościami – widzimy się już teraz rzadko, ale jak była duża okazja (czyt. kawalerskie, wesela) to było zawsze grubo. Trochę inaczej, jak widzimy się bez okazji. Tutaj się już niestety zmieniło. Oby więcej tych grubszych niż słabszych wypadów w nowym roku.

    Familia – nigdy się nie zawiodłem, tutaj się nic nie zmienia

    Ola – nocne rozmowy, imprezy, litry wypitego alko (jak to piwo dzień po wchodziło!), zaczynanie rozmów od „kurwa”… pozmieniało się, ale chciałbym, żeby jeszcze było w miarę podobnie

    Magda – fajnie, że dobry kontakt wrócił nam na stałe. Trzymaj się i widzimy się na kokosie!

    Magda – dzięki za świetne wesele, najlepszego i do zobaczenia na parapecie, bo jak się tak będziemy zgrywać jak dp tej pory, to pewnie dopiero wtedy się spotkamy :P

    Majsin – za mecze, świętowanie, wszystkie wypite piwa! Zapraszam do stolicy zawsze! A może teraz Sosnowiec?

    Kadamo – musiałem, musiałem go tu zawrzeć! A jakby tego było mało, z tym legendarnym jegomościem zdobywaliśmy na stadionie Ligę Mistrzów ;)

    Sen – dzięki za dobre wyjścia, bo chociaż nie było ich dużo, to zawsze były epickie :D poza tym rozmowy o muzyce, porady życiowe i piwerka. Trzymam kciuki, bo musi się ułożyć!

    Latos – widzę go ostatnimi czasy raz w roku, ale to jest osoba, bez której nie wyobrażam sobie AOS Weekendu i niech już tak pozostanie!

    Kuliniak – tak z rok temu napisał w kontekście podsumowania – „jakbys mial cos napisac o niewdzieczniku kulinie to mozesz napisac tak Kulina_Ty kurwo”, a więc piszę – Kulina_Ty kurwo.

    TQ – widzimy się rzadko, za rzadko. Dużo się pozmieniało, ale mam nadzieję, że w końcu uda się nadrobić. Na razie odpisuje na maila i mam nadzieję, że nawet, jak się w końcu nie napijemy browara, to chociaż uda się widzieć z większą częstotliwością.

    Radosław – uważaj na deportację!

    Wicia – za wszystkie rozmowy. Kiedyś wystarczyła nam godzina, teraz trzeba trzy razy więcej. Ale fajnie, że znajdujesz czas jak przyjeżdżam ;)

    Maro – teraz to już skończymy, obiecuję!

    Broku – wracaj z tej Anglii, dobrze że jest whattsapp, więc mamy kontakt. W końcu ziomuś!

    Weryfikacja planów 2016:

    - wydać wreszcie ten materiał, który robię od dłuższego czasu –

    - HH Kemp 2016 – 15. edycja, więc być trzeba! —

    - AOS Weekend 2016 +

    - zrobić dobry wynik na kwietniowych MP! ++

    - żeby działo się!!! bo ustatkowywać się na razie nie mam zamiaru, a myśleć o przeszłości też za mocno nie chcę +

    - no i to, czego się jeszcze nie udało zrobić, ale co rok o tym wspominam tzn żeby się cokolwiek ruszyło +

    - szeroko pojęty rozwój zawodowy +

    - huczne obchody 100-lecia wiadomo czego ;) +

    - jak najwięcej skorzystać z Euro, igrzysk i paru innych imprez sportowych ;) -/+

    Plany 2017:

    - wydać to co mam wydać od dłuższego czasu, a nie mogę!

    - żeby zawodowo wszystko szło w dobrą stronę

    - HH Kemp 2017 – standardowo

    - AOS Weekend 2017 – również standardowo (lepsza frekwencja i jeszcze lepszy wypad)

    - żeby być zawsze „pod grą” – żeby zawsze być w miarę na bieżąco

    - (jeżeli się odbędą) obronić tytuł na mistrzostwach

    - jak „coś” się już ruszyło, to może pójdźmy krok dalej? Ilościowo czy jakościowo to już nie ma znaczenia

    Kolejny rekord padł. Jest początek marca, a ja kończę podsumowanie 2015 roku… fakt faktem, że nałożyło się na to kilka różnych okoliczności, ale i tak trwało to za długo. Dobra, dosyć tego przedwstępniaka

    Dzień do-bry! W chwili gdy zaczynam to pisać, jest druga połowa stycznia. Nie jestem jednak pewien, kiedy uda mi się wreszcie to oddać. Z każdym rokiem coraz trudniej przychodzi mi pisanie podsumowania. W tym roku nawet nikt mnie o to nie zaczepiał, więc i motywacja jakby mniejsza :P Poza tym nie wiem, czy istnieje taki drugi blog, który zaczyna się, gdy autor ma 14 lat i jest kontynuowany, gdy ma już… o mój Boże… 27. To znaczy niebawem będzie miał, ale wcześniej, niż później. Powinienem być już ustatkowany, poważny itp. a tu coś nie idzie… Dobra, koniec tych rozkmin życiowych. Do rzeczy. Zaczynam.

    Jak zwykle we wstępniaku parę słów odnośnie okresu świątecznego. Po pierwsze, największy minus jest taki, że po raz kolejny w święta z wielką radością udałem się do lekarza po antybiotyki. Zjechałem w połowie grudnia, chciałem załatwić dużo rzeczy, zobaczyć się ze wszystkimi, a… no cóż, wyszło jak zwykle. Przy Szczepanie na szczęście doszedłem już do siebie. Plan na sylwestra natomiast wyszedł może nie last minute, ale nie brakowało do tego dużo. W każdym razie na kwadracie u Magdy było doborowe towarzystwo (zabrakło tylko Kowala) i dobra impreza. Szkoda, że musiałem następnego dnia lecieć do roboty :P A, jeszcze trzeba dodać pobudkę o 7, bo po paru latach przerwy znowu oglądałem galę MMA z Japonii ;)

    Z racji, że co rok wprowadzam jakąś innowację, to teraz też to zrobię. Z obecną edycją znika dział imprezowy, który łączy się z główną kategorią (od 2014 prowadzoną miesiącami). Poza tym linki do wglądu soundtracków poszczególnych miesięcy.

     

    STYCZEŃ

    • Sylwester u Kowala – po czterech latach spędzania ostatniego dnia w roku w Lublinie nadszedł moment zmiany. Okazało się, że na Legionów wpadło całe towarzystwo bez wyjątku, więc nie mogło być źle. Większość imprezy przestałem na DJ-ce, co nie oznacza, że się źle bawiłem. Wręcz przeciwnie. Podobno poza tym zebrałem bardzo dobre recenzje ;) Później jeszcze krótki epilog z Markiem i Paulą, ale to już była naprawdę końcówka. Rano, a właściwie po 15 obudziłem się (poza standardowymi noworocznymi dolegliwościami) z potwornym bólem gardła.
    • klubowo w Lublinie – po kiepskim meczu pojechałem z kilkoma osobami z zamiarem dawno nieuskutecznianego melanżu w stolicy województwa. Przedłużony before + problemy z ustaleniem wspólnego planu + mały dym w Komitecie (koszmarny lokal tak swoją drogą) i skończyło się na awaryjnym rozwiązaniu w postaci mieszkania na Wieniawie u Sianków.
    • zmiany w pracy – jak się później okazało, na DUŻY plus ;) a tyle na początku narzekania było
    • tenisy z drugiej części ziemi – równa się poranne wstawanie. Dla mnie duże wyzwanie.
    • Puchar Narodów Afryki 2015 – turniej, który lubię oglądać niekoniecznie ze względu na poziom sportowy, a klimat. Tym razem chyba najgorszy, od kiedy pamiętam. Nudne mecze, mało goli, ale finał i tak wynagrodził dużo (bo nie wszystko)

    Soundtrack:

    Sowa – Hangover

    Szalony cover Taio Cruza w wykonaniu znanego i lubianego Sowy, mniej więcej pokazujący, jak wyglądał Nowy Rok. Kawałka o bólu gardła jeszcze nie uświadczyłem.

     

    Inne kawałki z tego miesiąca:

    ZBUKU ft. Kajman, Bezczel, Chada – Ja i moje ziomki

    Gramatik – Who Got Juice

    Małolat, Numer Raz, Juhas, Pezet, Sokół, Diox, Chada, Kosi, Ero, Platoon, Mes, Molesta – A pamiętasz jak

     

    LUTY

    • jakoś tak się ułożyło, ze udało mi się zrobić ferie zimowe. Ok 1,5-2 tyg w domu rodzinnym.
    • wraca liga! – Ekstraklasa, czyli ulubione zajęcie na weekendy
    • zakończenie sezonu – drugie miejsce w drugiej lidze + faza grupowa pucharu, czyli ogólnie mówiąc, słabo. Koniec mojego ostatniego sezonu w LLH… ale nie koniec sezonu w ogóle.
    • to, co zaczęło się w czerwcu 2013 na Placu Zamkowym dobiegło końca, pomyślnie dla mnie.
    • Zakończenie pucharowej przygody. Ajax za mocny.
    • Wydawało mi się, że sezon jest już zakończony, a tu niespodziewanie podpisałem drugą umowę i zadebiutowałem w Lidze Akademickiej (która akademicka jest tylko z nazwy). Okazało się, że moja przygoda z tymi rozgrywkami trwa do dzisiaj.
    • Koncert Molesty w Remoncie. Cóż za wehikuł czasu! Nie było chyba jak kiedyś, ale chociaż minimalnie poczułem klimat lat 90.

    Soundtrack:

    Official Vandal – Innocent

    Krótko. „Niewinny”. Wiąże się to z jednym z opisanych wyżej wydarzeń.

     

    Inne kawałki z tego miesiąca:

    Rytmus – Zlatokopky

    Tede – Wyścig Szczurów (RMX)

     

    MARZEC

    • wiosna – niby nic, ale 14 stopni na termometrze po okresie zimowym robi różnicę. Na szczęście wiosenna pora tylko na termometrze, a nie w głowie.
    • Problemy ze zdrowiem, które ciągnęły się przez dużą część tego miesiąca. Po części wynikało to z nierównej pogody.
    • 26! Przy okazji dłuższego pobytu w rodzinnych stronach świętowane było parokrotnie. Najpierw spontan Shine w LBN z Senonem, co skończyło się w sumie tak sobie :P. Później szukaliśmy innego lokalu, ale okazało się, że jak nie jesteś już studentem, to do wielu miejsc nie chcą wpuszczać. My skończyliśmy w Pauzie, czyli w sumie w mało ekskluzywnym miejscu. Następnego dnia pełno roboty w kuchni, ale niespecjalnie mogłem pomóc. Później już w sam dzień urodzin małe piwo z ekipą lubartowską, ale to już na spokojnie. Czy coś się zmieniło? Niewiele… :P
    • Toronto po raz pierwszy – służbowe wyjazdy do tego miejsca mają to do siebie, że im częściej się tam pojawiam, tym jest coraz słabiej. Nie ma co specjalnie pisać. Obowiązki obowiązkami, a z aftera wróciłem w dobrym stanie i w miarę wcześnie. Tak było grubo.

    Soundtrack:

    OT Genasis – CoCo

    Czyli hymn wypadu do Szajna. Miejscami było równie abstrakcyjnie :P. No i to śpiewanie refrenu na cały głos idąc ulicą :P

     

    Pozostałe kawałki z tego miesiąca:

    Molesta – Miejskie Bagno

    Pezet – Fakty, Ludzie, Pieniądze

    East West Rockers – Wstaję Rano

    Małolat – Kto Wrócił Na Osiedle

     

    KWIECIEŃ

    • debiut w Lubelskiej Lidze Biznesu przy Arenie – plus dwa stopnie na termometrze, rzęsisty deszcz, brak gry na szóstkach od ponad pół roku… to się musiało źle skończyć i tak też było. Bolesny wpierdol. Nie, nie będę tego dobrze wspominał.
    • Prosto FestXVal – dwudniowy event, na który wybrałem się ze współlokatorem. Co do reszty, to zacytuję fejsa: Bardzo fajną impreza a Torwar jak dla mnie to dobre miejsce na takie eventy. Najbardziej jaram się tym, że usłyszałem na żywo po raz pierwszy kilka nieśmiertelnych klasyków, których na normalnych koncertach nie uświadczysz. Większość tych, których chciałem zobaczyć w akcji zobaczyłem. Wsumie tylko żałuję, że nie załapałem się na Parzela i Official Vandal [dop – i na wykonanie „Graffiti” przy występie Keara]. Oby więcej takich okazji! [dop2 – w takich chwilach żałuję, że tak mało chodziłem na koncerty, gdy większość tych legendarnych wykonawców miała swoje lata świetności. Abstrachując już od FestXValu, to np. takiego WWO nigdy w akcji nie zobaczę. PCP raczej też nie.]
    • Prosto Between Party – dobra klubówka w Piątkach po pierwszym dniu imprezy Prosto.

    Soundtrack:

    Chonabibe – Z Muzyką Być

    Gdybym wstawił coś z Prosto, to by się pewnie znalazło. A tak wrzucam chłopaków z Lublina. Po pierwsze ze względu na FestXVal był to dosyć muzyczny miesiąc. Po drugie przypomina mi siedzenie przy nocnych tekstach na płytę, którą mam nadzieję niedługo wypuścić. Patrzyłem sobie na tych wszystkich wykonawców na Torwarze i stwierdziłem, że bardzo kiedyś chciałbym osiągnąć przynajmniej połowę tego, co ci goście. Dzisiaj może już nie mam takiej zajawki ogólnie na muzykę jak kiedyś (niekoniecznie chodzi o tworzenie, ale życie nią), lecz jest nadal coś, co sprawia, że nie mam zamiaru całkiem się od tego odcinać. Z muzyką jestem.

     

    Pozostałe kawałki z tego miesiąca:

    David Hasselhoff – True Survivor

    DonGuralEsko – Podróż Na Wschód

     

    MAJ

    • weekend majowy – nie planowałem nic, a okazało się, że miałem wolne, więc dużo czasu spędziłem z lubartowską ekipą, trzy dni dobrej imprezy – od grilla u Kosiego przez koncert Braci Figo i Fagot, Snookera aż po kamień. Wszystko ukoronowane złamaniem klucza o butelkę ;P cyt z Facebooka: w sumie to się rozkładało tak: pt i sob alkohol, nd coś innego, pon niezależna kinematografia europejska
    • zdobyty Puchar Polski – mało rzeczy sobie nie mogłem tak darować jak tego finału. Biletów już niestety nie dało się dostać, więc pozostała TV.
    • Juwenalia – święto wszystkich studentów, którego ja nigdy jakoś specjalnie grubo nie obchodziłem. Zawsze jednak lubiłem przejść się na parę koncertów. Tym razem w LBN najpierw załapałem się na m.in. Molestę, a parę tygodni później na Braci Figo i Fagot.
    • Wybory prezydenckie – chyba po raz pierwszy znajduje się tu polityka, ale to była na tyle duża niespodzianka, że nie mogłem tego pominąć.
    • Dwudnióweczka – najpierw impreza tzw „korporacyjna”. Potem lokal na pl. Teatralnym i w końcu wylądowaliśmy w Piątkach. Następnego dnia Olga (która przyjechała do stolicy) dała znać, że grill jest na Białołęce. Po robocie godzinka autobusem i byłem na miejscu. Dzięki temu wypadowi zwiedziłem np. prawy brzeg Wisły w tamtych okolicach. Następny dzień był dosyć trudny :P
    • mecz z Jagiellonią – pełen atrakcji na trybunach jak i kontrowersji na boisku. Jeden z najbardziej pamiętnych meczów, na jakich byłem,
    • porządek z VHS-ami – co się pod tym kryje? A no to, że zacząłem zgrywać swoje wszystkie kasety z programem, który miał na mnie olbrzymi wpływ – Bezele. Plan był ambitny i mimo że przeciągnięty w czasie, to wykonany po paru miesiącach.

    Soundtrack:

    Napalm Grupa – Przedłużka

    Melanżowy kawałek, bo taki trochę był ten miesiąc. Po pierwsze weekend majowy, po drugie weekend w środku miesiąca. Albo grubo albo wcale. A czerwiec się dopiero zbliżał…

     

    Pozostałe kawałki z tego miesiąca:

    Trzeci Wymiar – Zamach Na Klub

    Max-Korwin Cejrowski – (Ta) Jesień

    OSTR & Hades – Czas Dużych Przemian

     

    CZERWIEC

    • dwudnióweczka warszawska – dzień pierwszy to spontan wyjście po pracy nad Wisłę do samego rana. Skończyło się dosyć średnio z tego co pamiętam. Dzień później natomiast wybraliśmy się z Majsinem i Polim na tradycyjne, legijne zakończenie sezonu. Tym razem bez szaleństw, bo i świętować nie było czego.
    • tydzień później przyszedł czas na tradycyjny AOS Weekend! „Zakończenie” roku akademickiego rozpoczęliśmy w piątek krążąc po różnych lubelskich miejscówkach w bardzo małym gronie. Hitem niekwestionowanym był Św Michał. Tyle dobrego żarcia dawno nie uświadczyłem. Zakończyliśmy natomiast na schodach na Chodźkowie. Dzień później natomiast wystartowaliśmy od meczu Polska – Gruzja, a następnie udaliśmy się na boisko koło AOS-u. Tym razem z przyczyn tzw. bezpieczeństwa zmieniliśmy lekko miejsce. Wróciłem na baze do Kuliniaka, gdy było jasno. Sam gwóźdź programu był jak zwykle świetny, chociaż nie zabrakło też chwili lekkiego zwiątpienia. Koniec końców jednak muszę stwierdzić, że dwa dni studenckiej imprezy jak najbardziej udane. Frekwencja na stałym, stabilnym poziomie.
    • Tydzień później to z kolei druga wizyta w Toronto. Tym razem skład trochę ciekawszy, a i impreza się nieco przedłużyła. Inna sprawa, że sam klub z afterem potwierdził zasadę, że im częściej tam bywam, tym jest gorzej.

    Soundtrack:

    Tede – Forever Ja

    Czerwiec, czyli pierwsze upały. W taki dzień na warszawskim śródmieściu wpadł mi ten oto track. Tede swoją nową płytą nie zachwycił, ale jest to najlepszy kawałek na całym VH$. Z jednej strony letni chillout, z drugiej strony moment, żeby przez zrobić „stop” i się przez moment zreflektować w tym intensywnym miesiącu.

     

    Pozostałe kawałki z tego miesiąca:

    Snow Tha Product – I’m Saying

    Pono – Pierdole To

    D12 – Shit On You

    Stasiak – Nie Wychodźmy Dzisiaj Z Łóżka

    PMM – Daj Mi Bit

    3oda Kru – Czambalimbe

    Lady Pank – Na Co Komu Dziś

    DJ 600 V – Wkurwione Bity

    OT Genasis – CoCo

    Wu-Tang Clan – CREAM

    Direktna Akcija – Ubi Pedera

     

    LIPIEC:

    • impreza nad Wisłą – pamiętając, jak bardzo udał się zeszłoroczny wypad do zagłębia letnich imprezowni, postanowiliśmy powtórzyć z Majsinem ten manewr. Tym razem miejscówka nieco inna. Z tego wieczora zapamiętam zasadniczo dwie rzeczy. Pierwsza, to złodziejki czapek, czyli ekipa panien, które chciały mi podprowadzić nową sztukę. Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie, dzięki parze, która z boku zorientowała się nieco szybciej niż ja w tym, co się dzieje. Druga, to dosyć dziwna rozmowa z jednym znanym raperem, której istoty do dzisiaj nie jestem w stanie pojąć.
    • Copa America w Warszawie – czyli zawody na Warszawiance, na potrzeby których wystąpiłem w reprezentacji Urugwaju :P. Żar lejący się z nieba, ja w długich spodniach na sztucznym boisku i w rozlatujących się korkach. Z grupy się wyjść nie udało, ale ogólnie impreza bardzo pozytywna.
    • Superpuchar 2015 – nie ma o czym gadać. Wtopa niesamowita.
    • Nowy sezon Ekstraklasy – na początek zwycięstwo we Wrocławiu
    • Copa America 2015 – turniej, który lubię ze względu na nocne pory. Tym razem Paragwaj odpadł na czwartym miejscu, co i tak jest sukcesem, patrząc na ich wyniki w ostatnich latach. Mecz z Argentyną oglądany w towarzystwie Majsina, który zjechał na jakiś czas do stolicy na dłuższe szkolenie. Szkoda tylko, że tak rzadko nam się udawało ustawić.

    Soundtrack:

    Snow Tha Product – Suavemente

    Kawałeczek z nowego mikstejpu. Bardzo oryginalny w porównaniu do jej wcześniejszej twórczości, ale na lipcowe upały pasujący idealnie. Jak dołączymy jeszcze do tego dwa razy Copa America, to już w ogóle

     

    Inne kawałki z tego miesiąca:

    Bracia Figo Fagot – 3 Króli

    Snow Tha Product – Feeling Back

    Xzibit – X

     

    SIERPIEŃ

    • Rocznica PW – minuta ciszy na Placu Bankowym – coś bardzo wyjątkowego
    • urlop – nie planowałem. Po prostu poczekałem na rozdanie w pracy i ułożyłem sobie obowiązki w ten sposób, aby mieć dwa tygodnie wolnego. Żadnych szczególnych planów. Ot, powrót w rodzinne strony. A tam nagrania, piwerka na torach, mecz Lewarta, wypad rowerem nad Firlej itp. Niestety, akurat na te 14 dni temperatura poszła trochę w dół, czego nie przyjąłem z aprobatą.
    • impreza w Plenerze – wiele słyszałem o tym miejscu, więc na zakończenie sezonu letniego trzeba było ją wypróbować. Akurat temperatura trochę na moment podskoczyła, więc mocną ekipą udaliśmy się więc do Lublina i muszę stwierdzić, że było całkiem przyjemnie, acz mogło się skończyć lepiej. Niestety w nieodpowiednim momencie spadł deszcz i cały misterny plan wiadomo co. Zapamiętam jeszcze to, że przed udaniem się w miejsce imprezy u św. Michała nażarłem się niesamowicie i ledwo chodziłem jeszcze przez jakąś godzinę.

    Soundtrack:

    Tede – Wyścig szczurów (RMX)

    Dziwne to czasy były, gdy raperzy promując płytę, ładowali na singla kawałki… w remiksie. Dochodziło do tego, że odpalając płytę, dostawaliśmy zupełnie inną wersję, niż tą, którą znaliśmy z teledysku. Tak też było w tym przypadku. Ależ to kiedyś hulało na Vivie! Pierwszy kawałek, który nauczyłem się na pamięć. Co do samego powiązania z miesiącem, to kojarzy się z… końcem urlopu. Wiecie, wszędzie biurowce, białe kołnierzyki, te sprawy…

     

    Inne kawałki z tego miesiąca:

    Linkin Park – Burnt It Down

    Sean Price – Rising To The Top

    ZSMU – Po Siedmiu Latach

     

    WRZESIEŃ

    • powrót do mediów branżowych, głównie chyba po to, aby nie stracić całkowicie kontaktu
    • po wielu bataliach z Youtube założyłem fanpage, aby specjalnie tam wrzucić wszystkie swoje zgrane odcinki Bezeli
    • wyjazd do Ostrowa Wielkopolskiego – skandaliczne warunki pracy i spokój po zawodach (miesiąc przerwy od wszelkich imprez), zakończony oglądaniem na żywo gali Bellatora
    • początek przygotowań do sezonu! Przez jeden z takich treningów opuściłem pięć goli Lewandowskiego, gdy powinienem być w robocie. No cóż, bywa :P
    • dwa lata od obrony – dlaczego to tak zapierdala???
    • Pixel Heaven 2015 – byłem pierwszy raz i muszę przyznać, że byłem oczarowany. Co prawda nie udało mi się załapać na wszystko, co chciałem, bo jeszcze miałem ważną rzecz w pracy w sobotę, ale ogólnie jestem bardzo zadowolony i w następnej edycji skorzystam jeszcze więcej.

    Soundtrack:

    Kękę – Młody Polak

    Z tego, co pamiętam, to akurat we wrześniu zdecydowałem się sprawdzić drugą płytkę Kękiego. Pierwsza była okej, ale nie siadła mi aż tak bardzo. Druga, podobno pisana dość szybko, natomiast bardzo mi się spodobała, a takie kawałeczki jak ten są jej najmocniejszą stroną. Inna sprawa, że to był jedyny link z muzyką, jaki wtedy wrzuciłem na YT.

     

    PAŹDZIERNIK

    • powrót do domu i dwa mecze naszej reprezentacji, decydujące o awansie do Euro. Oba na projektorze, oba ze streama. Zabawnie, że cały czas patrzyłem na telefon i znałem wynik nieco wcześniej. Tak samo było też w tym momencie, jak trafiliśmy w ostatnich minutach z Irlandią.
    • Firmówka – jak zwykle fajnie, zakończone w Barze Warszawa, gdzie niespodziewanie zgasłem. Trzeba było się ewakuować, bo następnego dnia mecz i…
    • impreza w NiePowiem – tak z Majkiem i jednym ziomkiem przedłużaliśmy bifor, aż zaczęły się kombinacje, żeby jednak iść gdzie indziej. W końcu trafiliśmy do rzeczonego lokalu. Z półtorej godziny coś tam podziałałem po drodze gubiąc swoich współtowarzyszy. Po drodze jeszcze w jedno miejsce w centrum i z buta do domu.
    • Dzień później wypad na mecz z Majsinem. Jak się okazało, była to przegrana konfrontacja z Lechem. Później do centrum do jednego, kameralnego lokalu (no dobra, Ulubiona). Tam dokończenie dzieła, połączone z naszym koncertem :P W międzyczasie mój towarzysz zawinął się na powrót, a ja zostałem z dobrą ekipą ;) Wieczór zakończony kebabem i rozmową w stanie średnio trzeźwym z Litwinami pytającymi o drogę. Powrót autobusem. A, no i tego dnia zmieniła nam się władza :P
    • inauguracja sezonu! Tym razem od początku w Warszawie.

    Soundtrack:

    JWP/BC – Spacer

    Mnóstwo dobrej, również nowej muzyki przewinęło się przez ten miesiąc. Wybór JWP ze względu na fakt, iż muzycznie było to wielkie zaskoczenie in plus, bo płyta ekipy mega. Spodziewałem się po mikstejpie czegoś nieco słabszego. Cały materiał latał u mnie na słuchawkach i głośnikach dosyć często.

     

    Inne kawałki z tego miesiąca:

    Zdzisława Sośnicka – Aleja Gwiazd

    Bizarre – Ghetto Boyz

    Gang Albanii – Napad Na Bank

    Pono – Pierdole To

    Deobson – Mamy To w Kodach DNA

    El Dupa – Natalia w Bruklinie

    JWP/BC – Spacer

    Empiria – Moja Empiria

    Ad.M.a – Pomarańczowy Banger

    WWO – Bezsenne Noce

     

    LISTOPAD

    • 1 listopada – święta to i wypad na miasto. Najpierw w ten cały ziąb chodziliśmy z wódką w dosyć dziwnym gronie (myślałem, że będzie cała ekipa, a był Kowal ze Słomkiem i paroma ludzi, których nie znałem), ale ja spasowałem i poleciałem do snookera. Tam doborowe towarzystwo z łbów, których dawno nie widzałem. Później się okazało, że ekipa, którą zostawiłem na początku, dołączyła do mnie w silniejszym składzie (z paroma ludźmi z ekipy).
    • 11 listopada – po rocznej przerwie powrót do tradycyjnych obchodów ;) na spokojnie, co się bardzo chwali.
    • X-lecie NS cz. 1 – koncert, na który wpadłem mocno spóźniony ze względu na nieoczekiwane obowiązki w pracy. Przechodząc przez tereny Skry po zmroku towarzyszyło mi dosyć dziwne uczucie, ale w końcu trafiłem, gubiąc na moment pod szatnią okulary. Załapałem się na Karata i Pewną Pozycję. Z tych rzeczy, które chciałem usłyszeć, była „Przedłużka”. Poza tym line-up się trochę skrócił i po 20 minutach czekania wróciłem do domu, po drodze zaliczając chyba najtańszy kebab w WWA.
    • urodziny K. – najpierw do Głębokiego Gardła, potem Karowa. Może wyjście bez większej historii, ale mam nowe zdjęcie profilowe na fejsie ;P
    • X-lecie NS cz. 2 – mecz z pięcioma oprawami, a ja i Majsin w środku!
    • After po meczu w Ulu – najpierw polityczne rozmowy, a potem koncert pieśni m.in. kibicowskiej, a na końcu Natalia w Bruklinie :P
    • Podwójny zapieprz w robotce stłoczony w kilku dniach, ale jakoś dożyłem ;)
    • urodziny O. – melanż zakończony o dziewiątej rano w pewnym stałym miejscu w centrum. Wcześniej zwiedziliśmy miejscówki, których ja bym w życiu sam nie odwiedził ;P. Jeszcze po powrocie do mieszkania załatwiałem bardzo ważne sprawy, w efekcie kładąc się po 11 :P

    Soundtrack:

    Popek & Dennis – Za Tych Co Nie Mogą Bo w Dupie Wszywka

    Czyli wszelkie wyjścia warszawskie, których było pełno. Jeszcze wstawiłem to ok godziny 10 po powrocie z jednej z takich eskapad jakoś w trakcie załatwiania spraw i przed położeniem się spać :P

     

    Inne kawałki z tego miesiąca:

    Kękę – Jeden Kraj

    Ill G – Moj Blok

    Trzeci Wymiar – Skamieniali

     

    GRUDZIEŃ

    • koncert JWP/BC – wiadomo, że musiałem się wybrać na koncert premierowy jak była okazja. Do tego w ciekawym lokalu (pierwszy raz byłem w klubie zaadaptowanym ze starej szkoły). Wybrałem się sam i było całkiem przyjemnie, chociaż zauważyłem, że w tłumie bez alko zaczynam czuć się mocno spięty. Tak czy inaczej jednak koncert na plus!
    • Pożegnanie O. – nasz kolega z pracy wyjeżdżał za granicę, więc należało go odpowiednio pożegnać. Najpierw gdzieś na starym mieście, następnie na krakowskim przedmieściu, a skończyliśmy w mecie na Foksal. Później jeszcze kebab… i to zdecydowanie nie był dobry pomysł…
    • firmówka – inny lokal, podobna koncepcja co rok temu. Zahaczyliśmy o Platinum a skończyliśmy w FunkyJimie, który oferował najwspanialsze szoty na świecie, polegające na założeniu hełmu i zebraniu po głowie kegiem/kijem golfowym/krzesłem barowym/deska do krojenia. Powrót jak już było jasno.
    • Wyjazd na święta udał się wcześniej w tym roku, aby trochę załapać klimatu, zobaczyć się z tym i tamtym… Plany pokrzyżowało przeziębienie, które zakończyło się żarciem antybiotyków. Który to już raz?
    • Święta… których nie potrafiłem specjalnie poczuć. Trochę przez chorobę, trochę przez pogodę (na plusie, jak w połowie października…).
    • Szczepan – standardowo start u Kowala, finisz w Snookerze. Było naprawdę nieźle, a takie okazje, aby się razem spotkać zdarzają się nam niezwykle rzadko.

     

    Soundtrack:

    EPMD – Da Joint

    Grudzień to taki dziwny miesiąc, bo z jednej strony dużo wyjść, imprez itp., a z drugiej święta, czyli czas dla rodziny, na odpoczynek itp. Z racji jednak, że okres świąteczny wypadł tak sobie, mój wybór padł na własny, osobisty hymn sylwestra. Klasyk w pełnym tego słowa znaczeniu z jednych z najlepszych czasów dla rapu. Właśnie w tych rytmach żegnałem 2015 przed wyjazdem na imprezę do Magdy.

     

    Inne kawałki z tego miesiąca:

    JWP/BC – Matematyk

    Chris Rea – Driving Home For Christmas

    Sido – Weihnachtssong

     

    Ludzie 2015:

    Andrzej/Magda, Tomek/Kaśka – dziękuję za pomoc w strategicznych momentach, z rodziną nie tylko na zdjęciu!

    Dzik – dzięki za półtora roku wspólnego mieszkania! Pomogliśmy sobie nawzajem.

    Ekipa z robo – jesteśmy zajebiści i tyle! Zero zmartwień po wyjściu z windy!

    Jacob – widzimy się rzadko, ale zawsze jak się widzimy, to dzieje się dużo

    Ola – mogę zadzwonić do niej w każdej pogańskiej godzinie i sprzedać suchara, pogadać do chuj wie której, wymienić obserwacje dotyczące istoty życia i napić się różnych rzeczy, jeżeli tylko nie uda nam się minąć :P jak wchodzę na fb w nocy i jej nie ma, to czuję, że czegoś brakuje .

    Majsin – mój człowiek, z którym chodzę na mecze! Przyjeżdża z dalekiego Maczetowa, aby wspierać najlepszy klub na świecie. Oby na 100-lecie był MP i PP! Mam nadzieję, że niejednego Króla się napijemy! Szkoda tylko, że tak często mijaliśmy się w okresie letnim. Poza tym Mercedes za 300 tysięcy wjedzie na dzielnię!

    Poli – za wspólne wypady na mecze, że jak się widzimy, to zawsze jest o czym pogadać. Zresztą kurwa, my się znamy już 23 lata!

    Sen – za motywację do dalszego tworzenia, za porady i kontakt. Za bardzo dobry wypad w marcu ;)

    Latos – bo nie wyobrażam sobie bez niego żadnego AOS-u. Ile jeszcze nam się uda wytrzymać?

    Magda (Warszawa) – bo widzę, że relacje między nami znowu zaczęły przypominać to, co było kiedyś.

    Magda (Wrocław) – dzwoń częściej! Szkoda tylko, że widzimy się tak rzadko

    Kuliniak – za to nieodpisywanie +90% znajomych dawno kopnąłbym w dupę. Ciebie nie. Liczę, że się wreszcie spotkamy, a jak się to uda, to będzie rozmowy na 2 dni.

    TQ – mój człowiek, ziomek, przyjaciel, brat dobra rada. Liczę, że dojdziesz do siebie i pomożesz mi przy mojej szeroko pojętej działalności artystycznej. Liczę też na wyjazd na Kempa. Zdrowia przede wszystkim!

    Radek – za świetną atmosferę w zespole!

    Wici – dzięki każdej dłuższej rozmowie próbuję coś z niej wynieść (dziękuję szczególnie za tą bodaj październikową ustawkę). Zawsze cierpliwie wysłucha i zawsze służy dobrym słowem.

    Paula – kiedyś się wybierzemy w końcu na ten mecz :D

    Kowal – mimo że zarobiony, to zawsze pomocny, zawsze chętny do zrobienia chociażby piwka. D

    Palom – rzadziej się widujemy, ale jak się to już dzieje, to nie widzę różnicy w naszej rozmowie sprzed kilku lat a teraz

    Maro – dzięki za całe wsparcie przy produkcji. Dokończymy to na pewno!

    Wiechu – za rozmowy o życiu jeszcze na śródmieściu ;)

     

    Weryfikacja planów 2015:

    - wydać coś, wreszcie jest szansa! -

    - Zaliczyć kolejny Kemp –

    - żeby kolejny AOS Weekend się udał +

    - koncerty też by się jakieś przydały —

    - zaliczyć dobry występ na kwietniowych mistrzostwach! – (nie odbyły się)

    - Zrobić dobre wyniki w końcówce sezonu LLH +/-

    - imprezki!! +

    - to co zawsze, eheheh PDK KMWTW —

     

    Plany 2016:

    - wydać wreszcie ten materiał, który robię od dłuższego czasu

    - HH Kemp 2016 – 15. edycja, więc być trzeba!

    - AOS Weekend 2016

    - zrobić dobry wynik na kwietniowych MP!

    - żeby działo się!!! bo ustatkowywać się na razie nie mam zamiaru, a myśleć o przeszłości też za mocno nie chcę

    - no i to, czego się jeszcze nie udało zrobić, ale co rok o tym wspominam tzn żeby się cokolwiek ruszyło

    - szeroko pojęty rozwój zawodowy

    - huczne obchody 100-lecia wiadomo czego ;) 

    - jak najwięcej skorzystać z Euro, igrzysk i paru innych imprez sportowych ;)

     

    Dozo za rok.

    Napisałem! Zajęło mi to tylko około miesiąca. Ale jak to się mówi „lepiej późno niż wcale”. A teraz już przenosimy się do chwili, gdy zacząłem to męczyć :P

    Cześć miśki! Wracam tu kolejny, chociaż fakt, że rzadko. W minionym 2014 wpisałem się tu tylko raz jeden i to właśnie z podsumowaniem rocznym. Co u mnie? Ciężko wraca mi się do rzeczywistości po okresie świątecznym. Zdrowie nie dopisuje, a ja nie mam czasu chorować. Jak żyć? Sylwester tym razem nie z lubelską ekipą, ale lubartowską. W takim gronie nie witałem nowego roku od czasu mojego pierwszego sylwestra poza domem. Tak, tak, wiadomo że z częścią uczestników widziałem się we wcześniejszych latach, ale w takim składzie, to było 9 lat temu. Impreza u Kowala była naprawdę mocna. Było świetnie i przyznaję, że wolę po stokroć domówkę ze swoimi, sprawdzonymi ludźmi, niż nie wiadomo gdzie z niewiadomo kim, ale na chujwiejak bogato. Skończyłem u siebie bardzo grubo po 8, dobijając się jeszcze orzechówką z Paulą i Wiechem. Jak 31.12 się ładnie wyspałem, to nie można było tego stwierdzić 1.1… Do tego jeszcze ten ból gardła. Eh, nic to. Żeby nie było że tylko narzekam to ucinam te dywagacje i przechodzę do podsumowania:

    Wydarzenia 2014 (po raz pierwszy z podziałem na miesiące!):

    STYCZEŃ

    • Sylwester na Hirszfelda – imprezą tą pożegnaliśmy centrum rozrywki na tej lubelskiej ulicy. Pamiętam wszystkie eventy, jakie się tam działy i zawsze było dobrze. Oczywiście, jeszcze wróciliśmy tam w czerwcu, ale już trochę inaczej to wyglądało ;) Ekipa jak zawsze konkret więc czy mogło być inaczej niż dobrze? Później odsypiałem prawie pół doby ;)
    • wielki format – tak to jest z eksperymentami, a zwłaszcza jak to na Twoim kompie eksperymentuje ktoś inny. Szok przeogromny, ale na szczęście chłopaki z Interduo uratowali sytuację. Propsiki dla Yariiego szczególnie!
    • Pierwszy beścik – nie dość, że pomogłem trochę swojemu byłemu klubowi, to jeszcze byłem z siebie maksymalnie zadowolony ;)
    • derby stolicy w kosza – w ogóle co to był za weekend! Pomijając już sam meczyk, na który bilety miałem ogarnięte to jeszcze na następny dzień grałem własny mecz w LLH. Trasa LBN-WWA-LBN-LTW. Dzięki dla Grzesia J., który przekimał mnie w Lublinie, dzięki czemu mogłem na to wszystko zdążyć.
    • Pierwszy rok od dawna bez sesji zimowej. Dziwnie, co nie?

    Soundtrack – Natasza Urbańska – Rolowanie

    Było kilka fajnych kawałków (jak np. „A miało być tak pięknie Borixona), ale to cudo zepchnęło wszystko na pierwszy plan. W robotce tekst tego dzieła trafił na tablicę, a niektóre sformułowania godne Mickiewicza i Słowackiego! Grandmatka truje mnie”, „face demolation”, „wielki mi bigdeal” i wiele innych, które zmienią wasze życie. Nawet „Filiżanka” Wiśniówy, która wyszła w podobnym czasie nie może się z tym równać. Masakra.

     

    LUTY

    • Niesamowity finisz ligi! Nie udało się co prawda zdobyć mistrzostwa, ale remis w ostatniej kolejce z głównym faworytem rozgrywek i zapewnienie sobie miejsca na podium było naprawdę świetnym przeżyciem. Niestety, nie za bardzo mogłem się tym cieszyć, bo za moment musiałem lecieć pod prysznic i do stolicy.
    • Zimowe Igrzyska – postanowiłem sobie, że obejrzę najwięcej, ile to możliwe, ale ciężko mi określić, czy plan wykonałem. Wiem, że przespałem dwa złote medale. Jeden, gdy wracałem z meczu z pracy, ale zajechałem do brata Olgi, gdzie ona robiła łerk na ścianie, a ja jej przez całą noc towarzyszyłem przy tym i tamtym :P. Odespać trzeba było, no i tak to się stało. Ogólnie wynik sportowy świetny, więc nie było co narzekać.
    • Próba powrotu do Taekwondo, ale nieudana w związku ze zwiększoną ilością pracy

    Soundtrack – Snow Tha Product – Cookie Cutter Bitches

    Moja meksykańska muza, przyszła niedoszła żona i inspiracja w jednym. Laska, która ma naprawdę tonę skilla i jej kawałki wypierdalają z butów. Wrzuciłem w tamtym miechu jeszcze z 4 inne jej tracki, ale ten usłyszałem pierwszy, gdyż podesłał mi go Tomasz. Czemu ja nie mieszkam w Cali? Ehhhh…heheheh.

     

    MARZEC

    • Futsal Media Cup w Lublinie – mimo niezbyt silnej ekipy zaliczam całkiem fajny występ, a roboty miałem naprawdę dużo. Wyjść z grupy się nie udało, ale wstydu też nie było. Powiedziałem sobie, że za rok trzeba wrócić ;)
    • ogoliłem się… tak, jest to wydarzenie bo nigdy jeszcze nie wyglądałem jak wiking/spartanin/amisz/drwal/kloszard :P
    • Toruń – służbowo, ale jak się mówi, najpierw obowiązki, potem przyjemności. Miasto bardzo fajne, a tuje przed hotelem jeszcze fajniejsze :P
    • 25 – ja się podobno nie zmieniam pod wieloma względami, ale metryki nie oszukasz. Ćwierćwiecze stuknęło i co? Trzeba by się wreszcie ogarnąć… Aha, jasne :P Dwa dni świętowania, najpierw Lubartów, potem Lublin. Było pięknie, naprawdę. Do tego jeszcze

    Soundtrack: Franq Majster – Jesteś taka piękna

    Coś co weszło świetnie na ciężki dzień po imprezie w toruńskim Monaco. Oddaje nieźle specyfikę tego miejsca.

     

    KWIECIEŃ

    • koncert Rytmusa w WWA – niesamowicie podjarani z TQ czekaliśmy na ten dzień, gdy będzie można zbić pionę z naszym ulubionym słowackim wykonawcą a tu…niemiła niespodzianka. Odwołane. Okazało się jednak, że co się odwlecze…
    • Warsaw Shore Sezon 2 – nowe pokłady beki, nowi ludzie i zawsze w niedziele o 23! ;)))
    • święta – nic specjalnego, bo całe przechorowane na antybiotykach

    Soundtrack: 2Pac – Breathin

    Ze względu na urodziny mojego człowieka TQ, który pod przyspieszony bit z tego kawałka nawinął o…życiu ;)

     

    MAJ

    • Niemcy – mój pierwszy lot samolotem, który przeżyłem dosyć ciężko. Jednak co zobaczyłem, to moje. W hotelu na Dojczowskiej wiosce trochę pracy, trochę zwiedzania, trochę imprezowania. Ogólnie mega przeżycie, a wiedziałem, że przede mną kolejna za dwa tygodnie kolejna podróż. Ledwo zdążyłem wrócić, a tu…
    • Gniewino! Zawody piłkarskie! Mimo niezbyt dobrego wyniku, zagraliśmy całkiem przyzwoite mecze, a co się pobawiliśmy to nasze. Oczywiście nie za mocno, bo drugiego dnia czekały nas kolejne gry.
    • Szwecja – Powrót z okolic morza kosztował mnie co prawda przeziębienie, ale parę dni kurowania się i znowu w drogę! Tym razem na północ do kraju, gdzie ludzie mówią bardzo dziwnym językiem, tutejsi zostają wypchani przez coraz liczniejszą rzeszę imigrantów, w naszym mieście wszędzie były tęczowe flagi, a alkohol można kupić tylko do 18-19.
    • Mistrz 2014 – dowiedziałem się z dalekiej północy po przylocie bodajże, że znowu będziemy świętować po ostatniej kolejce
    • hardkor łykend? No nie do końca. Plan miał być taki, że gramy gościnnie na lidze jeden mecz, później idziemy do roboty, następnego dnia ramy drugi mecz i na świętowanie. Ostatecznie ta druga pozycja wypadła, ale i tak się nie nudziłem ;) Limit pecha wyczerpałem jak dostałem mandat, za zapomnienie o terminie ważności biletu.
    • Ostatnia kolejka ligi – było miło i znacznie szczęśliwiej niż rok wcześniej

    Soundtrack: 210 – Norweski Wiatr

    „Norweski wiaaaatr niesie mnieeee” – ze względu na liczne podróże!

     

    CZERWIEC

    • ostatnia kolejka! Z racji tego, że znow mamy mistrza, to świętowaliśmy ;) było tym lepiej, iż ostatni mecz wygrany, a więc można było bez żadnych problemów oddać się zabawie ;)
    • mistrzostwa świata! Niezliczone godziny przed telewizorem, analizowanie składów, typerki. Piękna sprawa! Nic więcej wtedy nie trzeba mi było! A… i STUDIO PLAŻA ;))
    • AOS WEEKEND! Dwudniowy zjazd absolwentów w ostatnie dni czerwca! Coś, z czego naprawdę byłem dumny i mogę to stwierdzić, że był to jeden z najlepszych weekendów w tym roku. Studenckie grono pierwszego dnia w lubelskich lokalach, drugiego natomiast na nieśmiertelnym AOS-ie i Pauzie ;)

    Soundtrack: David Guetta – Sexy Bitch

    Co tu dużo mówić… Jak AOS weekend, to i jeden z naszych studenckich hymnów! Wspomnienia całego klimatu, ustawek i melanży za każdym razem odżywają :)

     

    LIPIEC

    • liga! Przerwa w rodzimych rozgrywkach ligowych nie była zbyt długa, a więc w lipcu te same emocje, to samo siedzenie przed tv i często te same twarze ;)
    • ziomek na rejonie – TQ przyjechał do Lubartowa, a więc poza tym, że pogadaliśmy trochę na każdy temat, to także poustalaliśmy szczegóły na nasz wyjazd, a także opróżniliśmy parę puszek/butelek :)
    • walka o LM – mecz z jedną drużyną ze Szkocji. Nikt mi tego nie zabierze, bo jednak spotkanie było genialne, a ładunek emocji ogromny! Poza tym zmarnowana okazja podbramkowa przeze mnie w trakcie podróży na stadion :P
    • wizyta Latosa w LBN – lekko niespodziewanie, ale ledwo zdążyłem wrócić z WWA, a tu czekał mnie kurs na Lublin a tam… jak zawsze przy takich okazjach grubo :P

    Soundtrack: Molesta – Się Żyje

    Po prostu chillout, często w stołecznej atmosferze.

     

    SIERPIEŃ

    • przeprowadzka – otóż ponad miesiąc wcześniej dowiedziałem się, że trzeba będzie zmienić miejsce zamieszkania, w związku z czym zastąpiły mniej lub bardziej gorączkowe poszukiwania lokum. Ostatecznie udało się znaleźć bardzo dobrą lokalizację, no bo w centrum ;)
    • po Lidze Mistrzów – no cóż… stało się co się stało. Człowiek cieszył się jak głupi, a tu taka wpadka. Trzeba było powalczyć w innych rozgrywkach.
    • Majsin w WWA! – tradycyjnie meczyk, a poza tym jeszcze zaliczyliśmy imprezę ;)
    • Hip Hop Kemp!! Po kilku ładnych latach planowania w końcu się udało! Z Brokiem i TQ trafiliśmy do Hradec Kralove i muszę przyznać, że wypadu tego naprawdę nie żałuję. Magiczna atmosfera, wiele świetnych koncertów, czeska specyfika w naprawdę wielu kwestiach i jak to napisałem „Takie wyjazdy pozwalają także docenić własny prysznic, czysty kibel, czy wygodne łóżko”. Za rok wracamy!

    Soundtrack: KRS One – MC’s Act Like They Don’t Know

    Z racji, że nie wstawiłem na tablicę JBMNT, to leci kawałeczek, który wstawiłem przed samym wyjazdem, w dniu mega zabieganym, polegającym na ciągłym załatwianiu spraw. Oczywiście KRS traczek zagrał, bujało dobrze i do dzisiaj mega kojarzy mi się właśnie z tym zajebistym festiwalem ;)

     

    WRZESIEŃ

    • Częstochowa – mieliśmy tam jechać w trochę pełniejszym składzie, ale niestety nie było to możliwe. Parę dni szybkiej kuracji, bo jakieś gówno chciało mnie zaatakować, ale w dzień wyjazdu byłem już w pełni sprawny. Ależ wtedy miałem dzień konia! Pod każdym względem ;) Zarówno, jeżeli chodzi o podróż, obowiązki jak i późniejsze przyjemności ;) Do pełni szczęścia brakło… nieco szczęścia :P Co ciekawe, dwa dni później czekał…
    • Kraków – wyjazdy pociągami specjalnymi zawsze mają swój niesamowity klimat. Ten nie był wcale gorszy, a nawet udało mi się znaleźć miejsce siedzące. Miało być bez używek, ale z ekipą, z którą siedziałem po prostu się nie dało. Meczyk zwycięski, a ja wróciłem o godzinie 4. do mieszkania ;)

    Soundtrack: Mor W. A. – Tam i z Powrotem

    Podróże, podróże… :) To wszystko w jeden weekend!

     

    PAŹDZIERNIK

    • Wrocław – dwa dni mniej lub bardziej umiarkowanego melanżu + dzień odpoczynku. Wizyta nie była aż tak wymagająca jak poprzednie, a spało mi się świetnie. Zarówno na miejscu jak i w podróży.
    • 2:0 z Niemcami – wielka sprawa. Byłem wtedy we Wrocławiu, a na żywo obejrzałem tylko pierwszą połowę u Czarnego. O drugiej zapomniałem i przechodząc przez ulicę do sklepu usłyszałem gromkie „JEEEEEEST!!!” na całej ulicy.
    • Koncert Włodka – dawno nie byłem na żadnym koncercie, więc najpierw do robotki, a zaraz po tym na premierowe wykonania z nowej płytki Włodiego. Okazało się jednak, że wieczór po samym koncercie się jeszcze nie zakończył. Zaliczyłem jeszcze afterparty za namową współlokatora i raczej tego nie żałowałem ;)
    • rozpoczęcie sezonu halowego – pod sam koniec miesiąca, a więc dosyć późno. Po pierwszym graniu nóg nie czułem przez tydzień. Koniec końców było jednak warto ;)
    • rozpoczęcie nagrywek! Po długim czasie szukania i zbierania się wreszcie dopiąłem swego! Zacząłem nagrywać wreszcie w godnych warunkach i przygotowywać wydawniczy powrót. Robota wre, a więc nic, tylko pisać i nagrywać!

    Soundtrack: Pnoumatik – Jesienne Liście

    No cóż, jesień w pełni, a o ciepłych miesiącach już można zapomnieć całkowicie. O tym właśnie jest w tym tracku. Funkujący bit, fajnie zaśpiewany refren, co tu chcieć więcej? I pomyśleć, że jak to wyszło w 2001, to kompletnie się tym nie jarałem.

     

    LISTOPAD

    • Marsz Niepodległości – tym razem musiałem zrezygnować z udziału na rzecz obowiązków, ale generalnie przebieg dosyć podobny jak co roku :P
    • rozpoczęcie sezonu LLH – pierwszy mecz i od razu zimny prysznic. Później nie było lepiej, bo powrót do drugiej ligi. Koszmar sprzed dwóch lat zaczął się powtarzać…

    Soundtrack: HV/Noon – Wilk

    Ogólnie ten miesiąc był dla mnie dosyć spokojny. Żadnych wyjazdów, imprez itp. Natomiast ważnym wydarzeniem było ukazanie się singla z zapowiadanego powrotu Noona. Nie zawiodłem się ani, ani trochę! Wcześniej jednak ukazał się singiel, który naprawdę nasuwa skojarzenia z charakterystycznym stylem Noona. Eldoka idealnie pasuje do całej koncepcji. Coś świetnego na zimne, listopadowe wieczory. Chyba bardzo dobrze charakteryzuje to cały listopad. Był czas na rozkminy i chillout…

     

    GRUDZIEŃ

    • Oldschool Gamer – premiera dwuletniego kawałka, który mało kto do tamtej pory słyszał. Po opublikowaniu poszło mniej niż 100 odsłuchów, ale i tak duża rzecz dla mnie, bo nowych rzeczy z mojej strony nie było od długiego czasu.
    • Firmówka – czekało się na to długo, ale trzeba przyznać, że było naprawdę mocno. Następnego dnia wstawało się naprawdę trudno.
    • Piłkarskie zakończenie roku – tak się złożyło, że moja drużyna grała ostatni mecz w tym roku blisko moich rodzinnych stron, no ale za komentarz do przebiegu spotkania niech posłuży cytat z klasycznego dowcipu: „kurwa, taki wstyd przed Wieśkiem”
    • święta – niestety (podobnie jak w przypadku Wielkiej Nocy) pod znakiem antybiotyków i kiepskiej, deszczowej pogody. Prawie w ogóle ich nie poczułem…

    Soundtrack: Bracia Figo i Fagot – Wojownicy Wódy

    Miał być Sido, ale że świąt jakoś specjalnie nie poczułem, to daję co innego. W ogóle wybór był trudny, bo zastanawiałem się jednak, czy postawić na stronę imprezową, czy raczej tą zmierzającą w strone chillu i wyciszenia. Jednak wybrałem to pierwsze wyjście, które było przede wszystkim hymnem jednej imprezy w tym miesiącu, ale generalnie towarzyszyło przez wiele dni. Również w sylwestra. Jeden z paru lepszych kawałków BFF z najnowszej płyty.

     

    Imprezy 2014:

    Sylwester na Hirszfelda – dobre, wręcz doborowe grono w klimacie lat 80/Braci Figo i Fagot. Jak już wspomniałem, imprezowe pożegnanie z miejscówką. To był sylwester, który w sumie przeżyłem bez wielkich alkoprzygód. Do północy standardzik, a więc jedzenie, picie i sylwester z Polsatem a potem wyjście, inauguracja rac zamiast fajerwerków i to, co najlepsze, a więc telefony ;). Poza tym oglądanie powtórek Warsaw Shore ;). Czułem się jednak całkiem nieźle cały czas, a z Latosem urzędowaliśmy do godziny 6-7. Godne zamknięcie!

    25 – pierwszego dnia do Dinosa na piwo i pizzę dla Lubartowskich, a następnego dnia do Wici z paroma osobami w Lublinie. Do tego jeszcze 1000 zwycięstwo mojej drużyny w Ekstraklasie. Piękny prezent. Dziękuję wszystkim!!!

    Toruń – wypad z serii „najpierw obowiązki, potem przyjemności”. Po niezbyt udanej części pierwszej udaliśmy się na część drugą. Szybka szamka i wbitka do klubu Monaco. Istna galeria lansu z TONĄ dobrych towarów. Jak w lokalu jeszcze jakoś wyglądałem, to powrót trzeba mi było odtwarzać ;) No i jeszcze ten epizod z tują ;P

    Niemcy – przez cały czas pobytu w Niemczech większość holetu dla nas, a więc posiedziało się trochę przy tym i owym. Czasami jednak trzeba było z powodów obowiązków wymknąć się po angielsku. Ostatni dzień był bardzo ciekawy, bo skończyła się cała nafta, a że mieszkaliśmy na totalnej wiosce, to nie było się gdzie zaopatrzeć.

    Gniewino – między jednym a drugim dniem zmagań piłkarskich szykowany był bankiet dla wszystkich uczestników. Było całkiem zacnie, aczkolwiek trzeba było się ogarniać, ze względu na to, że jeszcze czekały nas kolejne mecze. Niektórzy (na szczęście nie od nas ;)) zdecydowanie nie posłuchali, no ale to już jakby nie mój interes ;)

    Szwecja – pobyt krótszy niż w Niemczech, ale intensywniejszy :P. Tym razem nie było wymykania się, ale było nieźle pod wieloma względami :)

    Feta – tym razem uczciliśmy sukces naszej drużyny dużo bardziej szczęśliwie ;) Napierw Źródełko, a potem na mieszkanie. Pobito tego wieczora pewien rekord o którym nie będę pisał :D

    Final Arena – najpierw w piątek oficjalny warm-up w Rzucie Beretem, aż skończyliśmy finalnie w Domu Kultury ;) Następnego dnia AOS, na którym łącznie przewinęło się 17 osób, co nie jest wynikiem bardzo rewelacyjnym, ale też nie tragicznym. Plany próbował pokrzyżować nam deszcz, ale najpierw się schowaliśmy pod okolicznymi drzewami, a potem przeszło lać gdzieś indziej. Po przesiadce do Pauzy dalej trafiliśmy do Więsków na kwadrat, gdzie zasnąłem na dość niefortunnym miejscu :P Było jednak świetnie… dlatego też powtóreczka w 2015!

    Pomost po raz pierwszy – lato, czyli warszawskie imprezy nad Wisłą. Powstał kiedyś pomysł, aby pójść gdzieś na miasto pospolitym ruszeniem po pracy i trafiliśmy właśnie do Pomostu 511 :) Koło godziny trzeciej jedna grupa rozjechała się po domach, a druga kontynuowała. Na rano następnego dnia, a więc trzeba było zachować ogarniętość ;)

    Pomost po raz drugi – już na nowym mieszkaniu na weekend odwiedził mnie Majsin. Pierwszego dnia polecieliśmy na koncert Prosto, a potem trafiliśmy nad Wisłę, gdzie urzędowaliśmy bodaj do siódmej i to naprawdę konkretnie ;) Później jeszcze do centrum na kebaba i powrót około ósmej na kwadrat.

    Latos in LBN – w środku wakacji zadzwonił do mnie Latos, który znowu miał urlop i spożytkował go na odwiedziny u rodzeństwa w Lublinie. Ja sam ledwo co przyjechałem ze stolicy, posiedziałem trochę z rodziną do do Lublina! Tam następujący plan: Rzut/Tifo/na mieszkanie, by się ogarnąć/Dom Kultury/schodki na starówce. I jeszcze do tego epicka wręcz próba wejścia do mieszkania po tym, jak dostaliśmy złe hasło do domofonu.

    Hip Hop Kemp – nastawiałem się na srogi melanż, bo po tym, co słyszałem nie dało się myśleć inaczej. Okazało się jednak, że cały czas byliśmy dosyć dobrze ogarnięci. Nie wszyscy jednak bawili się w ten sposób, co było widać po naszych sąsiadach ;)

    Częstochowa – imprezka w jedynym ponoć sensownym klubie na bogato z całkiem niezłą oprawą. Jako ciekawostkę podam, że o godzinie dosyć późnej zacząłem na wszelki wypadek szukać bankomatu i nie wziąłem sobie ani kurtki, ani bluzy. Biorąc pod uwagę, że to był wrzesień i nie było specjalnie ciepło, to szczęście, że się później nie pochorowałem.

    Piątki – po koncercie Włodka za namowa współlokatora trafiłem do warszawskiej klubówki na imprezę rapową i przyznam, że dawno nie byłem na tak dobrej miejscówce! Do piątek w piątek na pewno wrócę jeszcze nieraz. Byle mieć z kim… ;)

    71 – czyli wjazd do Wrocławia po raz czwarty. Spodziewałem się cięższej przerpawy, a tu okazało się, że aż takiego hardkoru nie było ;) Dwa nocne wyjścia na miasto (dosłownie wyjścia), ale pierwszego dnia w charakterze warm-upu, a drugiego dnia na imprezę, na której… nikogo nie było :P. Trzeci to już slowdown i (jakkolwiek by to zabrzmiało!!) prawie nieprzespana noc z Olgą, gdy czekałem na autobus :P

    Magisterskie – Kowal zrobił mgr inża to trzeba było taką okoliczność uczcić :) W małym pokoju w akademiku pomieściło się jakieś 15 osób, ale było zacnie ;)

    Doktorskie – u szwagierki, kulturalnie ;)

    Firmówka – weszliśmy do lokalu spóźnieni, ale było porządnie jak co rok. Rano? Lepiej nie mówić…

     

    Ludzie 2014 (życie – coraz mniej ludzi się tu znajduje):

    Andrzej/Magda, Tomek/ Kaśka – na rodzinie nigdy się nie zawiodłem. Po prostu.

    Broku – za Kemp i nadanie mu niepowtarzalnego charakteru wszystkimi swoimi tekstami

    Dzik – za opcję nowego kwadratu. Lokalizacja mega, bez żadnych problemów. Dzięki!

    Edyta, Koślacz – dzięki za wspólne mieszkanie! Dzięki temu bielańskiemu epizodowi udało mi się

    płynnie wejść w codzienne życie w stolicy.

    Ekipa z robo – jesteśmy zajebiści i zawsze przed drzwiami do windy zostawiam wszystko co mnie martwi.

    Farbowani/Agat – za stworzenie mocnej ekipy, która rozwali jeszcze niejeden mecz na LLH!

    Jacob – jak się od czasu do czasu widzimy to zawsze jest grubo i mamy dobrą bekę ;)

    Kowal – zawsze jak jest w Lubartowie to użycza kwadratu, żeby się spotkać i pogadać przy czymś mocniejszym. Zawsze pomocny, ogarnięty człowiek.

    Kuliniak – za rozmowy zaczynające się w świetny, niepowtarzalny sposób i zazwyczaj kończące się bez pożegnania. Za ogarnięcie tam, gdzie trzeba, a także gościnę, gdy trzeba było (sylwester, AOS weekend). Za parę szczerych rozmów i za to, że po prostu mamy kontakt.

    Latos – jak on przyjeżdża do LBN to nie ma chuja, żeby się nie działo!

    Majsin – za świętowanie MP, za jeden z najlepszych weekendów w tym roku! Niejednego Króla w źródle jeszcze ustrzelimy! Oby najpóźniej w czerwcu!

    Magda (Warszawa) – zawsze jak jestem w Warszawie mam w dzień wolny się do kogo odezwać!

    Magda (Wrocław). – za epicki, grudniowy telefon!

    Magda (Toruń) – zapominam jak wyglądasz, a wiem, że wiele dla mnie znaczysz i że jak nie widzimy się x miesięcy, to zawsze mamy materiał do pogadania na parę godzin. Nie udało się z moim przyjazdem do Toronto wcześniej, może w nowym roku będzie to możliwe!

    Maro – za otwarcie zupełnie nowych, wielkich możliwości! Oby jak najdłużej!

    Olga – wchodzę na fejsa o godzinie chujwiejakpóźnej a tam kto jest? No właśnie. Doceniam również, że musi czytać i słuchać to moje pierdolenie. W razie czego zawsze też mogę zadzwonić w stanie wskazującym i zawsze zostanę cierpliwie wysłuchany. Mogę również bez problemu z nią w ten stan się wprowadzić i siedzieć do godziny chujwiektórej.

    Palom – mimo że nie mieliśmy w minionym roku wielkiego kontaktu

    Poli – za meczywa to raz. Dwa, za to, że jak nie miałem przez moment dachu nad głową w stolicy to nie było problemu, abym te kilka dni jeszcze u nich przenocował.

    Igrek – wsparcie przy robieniu rapu, nagrywki, wszelkie porady życiowe, wymiany poglądów przy twórczości. Trzymaj się!

    TQ – mój człowiek OZNZ. Zawsze genialnie wspominam wszystkie ustawki, podczas których godzinami degustujemy browary, oglądamy mecze i słuchamy rapu. Osobisty psychoterapeuta, który zawsze wysłucha problemów poważniejszych, jak i tych z pierwszego świata. Zawsze będzie starał znaleźć się rozwiązanie. Oczywiście szczególnie wspominam również za naszego historycznego, pierwszego Kempa!

    Wici – ktoś, kto zawsze z uwagą wysłucha, do kogo mogę wysłać smsa po pijaku, kto naświetla aspekty życiowe, których jeszcze nie uświadczyłem. Poza tym dziękuję za urodzinowy tort ;))

    Wiechu – towarzysz wszelkich imprez lubartowskich, zarówno do pogadania o pierdołach jak i o rzeczach ważniejszych.

     

    Weryfikacja planów 2014:

    • wydać coś w tym roku! -

    • Iść dalej wyznaczoną zawodowo drogą +

    • znaleźć dodatkową drogę, sposób na życie ?

    • obejrzeć możliwie najwięcej igrzysk i MŚ +

    • hajs hajs hajs +

    • pojechać na HH Kemp w końcu!!! ++
    • zrzucić kilka kilo i zacząć z powrotem wyglądać jak człowiek -

    • i żeby coś się ruszyło w tych, wiadomych sprawach ;) —

     

    Plany 2015:

    • wydać coś, wreszcie jest szansa!
    • Zaliczyć kolejny Kemp
    • żeby kolejny AOS Weekend się udał
    • koncerty też by się jakieś przydały
    • zaliczyć dobry występ na kwietniowych mistrzostwach!
    • Zrobić dobre wyniki w końcówce sezonu LLH
    • imprezki!!
    • to co zawsze, eheheh PDK KMWTW

     

    Dziękuję za uwagę. To był mój pierwszy rok z cyklu „reszta mojego życia”. Wszystko płynie trochę inaczej, bo rytmu nie wyznaczają już ferie, weekendy itp. Jest inaczej, ale to nie znaczy, że gorzej. Dzieje się i mam nadzieję, że będzie się działo jak najwięcej!

    No witam wszystkich! Z roku na rok coraz później te podsumowania się ukazują. No ale co ja na to poradzę, jak po 1 ciężko się zebrać, po 2 tyle się działoooo… Poza tym będzie to JEDENASTE podsumowanie. Jak zakładałem to coś, co teraz czytacie, nigdy nie myślałem o tym, co będzie za jedenaście lat. Ale konsekwentnie się te hajlajty roczne pokazują. Zawsze można sobie ładnie porównać czy było fajnie, czy e tam i jakie miało się priorytety ;) Sylwester u Kuliniaka generalnie gruby (jak zresztą wszystkie imprezy w tamtym miejscu, z tamtą ekipą). Nowością było to, że wreszcie się wyspałem (brak konkretnego gali w Japonii 31 grudnia :P)

    Nic to. Lecimy tutaj! Jakbym gdzieś czegoś zapomniał, to dać mi znać :P

     

    Wydarzenia 2013:

    • Sylwester na LSM: impreza świetna, mimo że wszystko jak na nas wyszło dosyć późno. W międzyczasie powysypywało się towarzystwo, ale koniec końców aż tak kameralnie jak sądziłem nie było. Duża część tradycyjnej ekipy, kilka nowych, naprawdę spoko ludzi, wódka, szampan itd. ;) Był to także przełomowy sylwester, ponieważ przestałem się drzeć w słuchawkę po północy i szło normalnie ze mną pogadać przez telefon ;). Co prawda paru SMS-ów nie pamiętałem, ale kto by się tym przejmował. Powrót na PKS z buta. Lublin, a szczególnie miasteczko akademickie w Nowy Rok – wrażenie niesamowite.
    • Sezon LLH tragiczny, przywołujący na myśl najgorsze koszmary z debiutu. Był ambitny plan na ostatnie kolejki i puchar, ale nie z tego nie wypaliło. Przedostatnie miejsce w 2 lidze i generalnie dramat. Nie takie miało być pożegnanie z rozgrywkami.
    • Sesja zimowa: jedyny stresik to Dycz i zaliczenie z ćwiczeń z jego przedmiotu. Okazało się jednak dosyć lajtowo. Reszta bez zbędnych komplikacji. Właśnie na tej sesji pobiłem swój rekord życiowy w szybkości napisanego egzaminu – 15 minut ;) 30 stycznia miałem już wolne.
    • Pierwszy koncert po dwuletniej przerwie: no może nie w pełnym tego słowa znaczeniu, ale ze dwa kawałki przed Ras Lutą zagrałem, co było dla mnie dużą nobilitacją i przyniosło ogromną satysfakcję, bo jednak występy na żywo to jest esencja tworzenia :)
    • Wrocławska trylogia: czyli trzy wypady do stolicy Dolnego Śląska. Miasto piękne, sprzyjające melanżowi. Dwa razy udawszy się tam wiosną, raz jesienią. Więcej w ostatnim dziale ;)
    • Wesele drugiego brata: cóż to był za weekend! Piątek+sobota całkowicie wyjęte z życia, do tego piękna pogoda… czego chcieć więcej?
    • Bal dziennikarski – po wielu staraniach, począwszy od trzeciego roku wreszcie się udało!
    • dwie okazje do świętowania na sportowo: maj i czerwiec: za oboma razami było grubo, tylko że ten drugi nie skończył się dla mnie najlepiej…
    • juwenalia: mało ciekawie, najlepsze koncerty na weekendach, czyli kiedy człowiek pracował. Jedynie udało się załapać na koncert Braci Figo i Fagot na Medyku. Było dobrze, acz grzecznie ;)
    • wiosna przetrwana w miarę bezkolizyjnie. Za dużo się działo, by się tym dłużej przejmować.
    • koniec studiów: rozpisałem się na ten temat wystarczająco w dwóch poprzednich postach. Co tu dużo nie mówić, to było niesamowite 5 lat. Zakończone oczywiście godnie, bo podobnie jak w przypadku I stopnia absolutorium i AOS-em ;) Dziwne to uczucie, widzieć niektórych po raz ostatni…
    • uzyskany tytuł naukowy: osiągnięcie okupione hektolitrami zepsutej krwi, zasiedzeniem się na dupie, sporym psychicznym zmęczeniem i rezygnacją z wielu rzeczy
    • wakacje między pisaniem pracy a robotą, z różnymi odchyleniami od normy. Według planu miałem mieć spokój do końca czerwca, a wyszło na to, że wyrobiłem się rzutem na taśmę.
    • delegacja Gdańsk: pierwsza, niesamowita, epicka! Piękne miasto, piękna pogoda, fajne zawody i niezapomniane afterparty! I to wszystko w środku lata!
    • Rumunia: jak sobie powiedziałem, tak słowa dotrzymałem! Wyjazd daleki, ale wreszcie zobaczyłem kawałek świata ;) Tak daleko nigdzie nie byłem od 2007 roku ;)
    • oddanie mgr: pierdolnik niesamowity. Jakby nie przypadek, to bym pewnie czekał na obronę do czerwca 2014. Okazało się, że termin był znacznie skrócony jak ktoś nie złożył imiennego podania. Bardzo szybka akcja i działanie na linii Lubartów-Otwock, później dokańczanie na szybko, zawieszający się edytor tekstów, oraz przeziębienie… Trzeba podziękować mojemu promotorowi, który wstawił się za mną u robotów z dziekanatu, dzięki czemu przedłużono mi termin o 3 dni. A trzeba przyznać, że zrobiły one różnicę.

    • Rzeszów: kolejna delegacja. Nie ta gruba i gorąca jak ta pierwsza, ale było nieźle.
    • Szukanie dodatkowej roboty: w sumie nic się nie udało zrobić, ale z drugiej strony wypracowałem pewien model funkcjonowania, stosowany do dzisiaj, a także podejście „nic na siłę”
    • listopad: święto niepodległości, jak zwykle kontrowersyjnie, jak zwykle po właściwej stronie
    • okrutna wtopa mojej strony o JMMA. Niestety, na dłuższą metę człowiek nie ma tyle zajawki żeby samemu pchać ten wózek.
    • niespodziewany i co ważne udany powrót do LLH! Nie na stałe, lecz to i tak była wielka sprawa.
    • Sportowo pierwsza połowa była taka sobie, bo z jednej strony wygrany turniej na hali na dużych bramkach mimo kontuzji, dobry występ w Lidze Mistrzów PL, a z drugiej fatalna końcówka sezonu LLH 12/13. Później już było coraz słabiej, głównie przez pracę naukową ;/ Efekt: nadwaga :P
    • muzycznie było całkiem nieźle do czasu zaczęcia pisania mgr ;/ później natomiast zamknięto studio i na jakiś czas nastąpił duży przestój. Był jeszcze Czechów, gdzie nagrałem zwrotkę na jeden konkurs. Tam zresztą będę też kontynuował działalność. To będą już 3 lata jak nie wydałem nic nowego. Teraz jest ten czas, w którym musi nastąpić przełom!
    • Pewne rzeczy się nie zmieniają, mimo nadziei i ciekawości, że „może ten rok coś przyniesie?”. Status quo…

     

    Ludzie 2013:

    TQ – za całą ilość wypitych różnych specyfików, godziny rozmów, za utrzymywany kontakt

    Latos – cyt. Z poprzedniego posta: Człowiek, dzięki któremu na piątym roku nasz rocznik nie utopił się w maraźmie. Poza tym za te litry wypitego browaru (niezawodność potwierdzona!) ;)

    Wicia – za poświęcony czas, tyranie bani, łopatologiczne tłumaczenie wszystkich potrzebnych mi do zrozumienia niuansów życiowych

    Magda – za próby wysłuchania ;) za zapewnienie dachu w WWA kiedy trzeba było

    Kuliniak – zawsze uwielbiałem te gadki na fb mniej bądź bardziej z dupy, poza tym za mocnego sylwestra, uczestniczenie w imprezach mimo wymuszonego braku spożycia

    Ania Duszek – dzięki za możliwość korzystania ze studia, nigdy nie nagrywałem w takiej miejscówce!

    Magda Be. – za niezmienne towarzyszenie razem z Kuliniakiem we wszystkich imprezach :)

    Bari – gej i tyle, Artur pozdrawia z zaświatów

    Edyta, Koślacz – współlokatorzy ;)

    Caryk – dojadłaś tą kanapkę, którą spożywałaś przy fejsie? (zdjęcie magistrów ;)) ;P Za reakcje na wszystkie moje gadki ;) również za obecność!

    Szania, Edyta – za imprezową dyspozycję!

    Kostecka – świr, suchar, beka!

    Więski – obecność na imprezach + organizacja balu (Świtala ;))

    Tomczyk – Slayer kurwaaaaa!!! rycie bani na 100%!

    Basia – za wnoszenie odrobiny pozytywu w najgorszych nawet sprawach

    Sawik – że rozumiał, iż są to nasze ostatnie miesiące, które naprawdę konkretnie trzeba wykorzystać

    Olga – piękne uczucie mieć z kim porozmawiać o godzinie 4 nad ranem, bądź też rozmawiać po parę godzin ;) mieć zawsze z kim wypić browara, pójść na imprezę i zostać na niej do samego końca. W liceum nigdy bym nie pomyślał, że nasza relacja będzie tak wyglądać :)

    Kowal – zawsze coś się dzieje, jak przyjeżdża, wódeczka, browar, beka itp. ;). Szczególnie jak zerwie się z łańcucha ;)

    Palom – beka, browary, rozkminy życiowe, nieszablonowe, w miarę lajtowe podejście, zasady

    Kosi – piłka, piwo, jak było trzeba to hal ogarnął i trochę beki było ;)

    SNK – bo mam gdzie nagrywać w spokoju i mam wsparcie w tym co robię, czekam na tą wódkę!

    Czekon – wypite browarki, spalone wąsy, męskie rozmowy ;)

    Wiecha – zawsze z ekipy ;) obyś nie musiał już jeździć do Reichu

    Jacob – beka, nie widzimy się często (kilometry…), ale jak już się widzimy to bywa grubo :D

    Magda – za kawałek dachu we Wrocławiu, , że mimo iż zawalona jest robotą znalazła trochę czasu na melanż,

    Majsin – za bycie ze mną w historycznej chwili, oby w nowym roku było bezpieczniej ;)

    Poli – motyl, za wyjazd, za zaliczone spotkania, dach nad głową, wypite alko, bekę, poglądy

    Magda – mimo że nie widzimy się często, zawsze mamy o czym rozmawiać, niedługo wjeżdżam do Toronto!

    Andrzej/Magda, Tomek/ Kaśka – po pierwsze, rodzina :) dzięki za to że nigdy nie zawiodłem się na Was

    ekipa z robotki – za to, że gdy przekraczam próg P15B to wchodzę do innego świata, całkowicie zapominając o tym co zostawiłem przed wejściem, za wszelkie wyjścia, które zawsze są grube, a także

     

    Imprezy 2013:

    *Urodziny Kuliniaka: kolejna impreza na Hirszfelda, z której ledwo wyszedłem. Za duże szkło nie posłużyło i w efekcie skończyłem marnie :P ale ogólnie na pełnej grubości!

    *Wielkie Posesyjne Piwo 2013: tym razem pożegnanie semestru odbyło się u Latosa i stało ono na bardzo wysokim poziomie. Towarzyszyły mi z tego co pamiętam piwerka marki Fasberg. Naprawdę dobrze było, bo byli i konkretni ludzie. I pamiętam, że położyliśmy się dosyć późno, a właściwie to wcześnie…rano ;)

    *DDZ 24: Kolejne urodziny, tradycyjnie w Tifo. Nie aż tak grubo jak rok wcześniej, lecz naprawdę to miło wspominam ;) Zakończyliśmy tour w końcu u Edyty na piwerkach.

    *Melanż przy koncercie: Z racji tego, że ten minisupport jaki miałem w Gicie przypadał dzień przed moimi urodzinami, to i była druga okazja do świętowania ;) Łyskacz z colą lał się dosyć często i przyznać muszę, że dzień później było trochę ciężko ;)

    *Wrocław po raz pierwszy: z racji, że miałem już dawno tam przyjechać, to w końcu, po kilku latach się zebrałem. Pierwszego dnia bardzo mega impreza w klubie poprzedzona domówką (IMO nieco przeciągniętą). Dnia następnego lekki slow down i wyprawa na Wyspę Słodową, na parę piwek i wieczorne zwiedzanie miasta z kebabem i wizytą w specyficznym lokalu zwanym Niskimi Łąkami. Dzień trzeci to ognisko, na którym wszystko było w porządku, dopóki wóda razem z Bobkiem nie wjechała na kompanię. Skończyło się tak, że padłem jak tylko dowlokłem się do mieszkania :P Ostatni dzień to wpierw wycieczka dzienna po mieście, ustawka ze znajomą i lądowanie w pracowni ASP. Stamtąd na kwadrat po torbę i wieczornym autobusem do Lublina :P Pewnie z dzień bym jeszcze został, jakby nie konieczność powrotu z powodu zaliczenia na ćwiczeniach.

    *po PP – sportowe świętowanie z happy endem, wzdłuż trasy z miejsca zwycięstwa do akademika ;)

    *Kawalerski: najpierw postrzelaliśmy sobie trochę do różnych rzeczy niedaleko Krasnegostawu, a później obraliśmy kurs na Firlej, by po prostu wypić to i owo ;) Generalnie ja większe problemy niż z alkoholem miałem z ilością pochłoniętego jedzenia… Dziwne to uczucie… :P Do tego jeszcze młody, który nam wyciął niezły numer, przez którego mieliśmy podwyższone ciśnienie… :P

    *Wesele brata: Nie wiem jak to opisać… Generalnie znaczna część towarzystwa znajoma, tempo wysokie, co spowodowało, iż musiałem troszeczkę przez godzinkę odpocząć… i tym samym pooszukiwać ;) No ogólnie na pełnej grubości! Na następny dzień poprawiny… i również bardzo sobie chwaliłem. Posiedziane było do późnych godzin ;)

    *domówka u Latosa (kwiecień): pewnego, pięknego dnia Latos odezwał się do mnie na fb i stwierdził, że trzeba by zrobić jakąś domówkę. Słowo więc ciałem się stało. Na imprezie parę nieprzewidzianych osób i naprawianie drzwi o 3 w nocy

    *Wrocław po raz drugi: Ze trzy tygodnie później kolejna wizyta w tym pięknym mieście. Tym razem z Warszawy wracałem do domu przez Dolny Śląsk ;) Pierwsze dwa dni podobne jak za 1 razem: klub+Słodowa. Dzień trzeci to przegląd lokalnej sceny rapowej… w sumie bez jakiegoś większego szału. Ostatniego dnia chyba grany znowu był wieczorny autobus do lbn.

    *AOS/Final Arena 5: Pogoda nas oszczędziła, bo chociaż nie było 30 stopni w cieniu to chociaż nie padało a i Syberii nie było. Frekwencja jak zwykle bardzo dobra, alkoholu nie brakło, a i pojawiło się parę osób, których bym się nie spodziewał. Później mieliśmy udać się do Pauzy, lecz źli na ochronę wycofaliśmy się do Chińczyka, z którego już powoli ludzie uciekali do domostw. Mogło być znacznie lepiej, ale i tak nie narzekam ;)

    *MP: drugie sportowe świętowanie, skutecznie później zresztą popsute

    *bal dziennikarski: Po pięciu latach w końcu się udało! Mimo, że wydawało mi się, iż mam konkretną obsuwę, to okazało się, że całość dopiero się rozpoczyna. Także (prawie) last but not least ;) Po dobrej imprezie w trochę bardziej eleganckim stylu znowu pojechaliśmy na after do Edyty :P. Fakt faktem, ze nie było na niej wielu osób, przede wszystkim przez dziwne konflikty. Szkoda, panie, szkoda.

    *Koncert BFF w Fonobarze: bilety VIP kupione, pogoda jest, więc czego chcieć więcej? W środku czerwca pogo szło bardzo mocne pod sceną, nie mówiąc już o tym, że browar wchodził jak woda. Jeszcze fotka z chłopakami po koncercie i powrót. Wszak na rano do roboty. Jednakże gdy wróciłem do akademika, okazało się, że jest tam impreza urodzinowa jednego z lokatorów, toteż nie udało się położyć tak jak planowalem ;) Następnego dnia obyło się na szczęście bez komplikacji ;)

    *Różecka 24: Grill niespodzianka w Łucce ;) Generalnie było w miarę spokojnie. Ot siedzenie przy tym i tamtym, co nie znaczy że nie było grubo ;) Nad ranem powrót. Gdy już myślałem, że spokojnie dojdę do domu i położę się spać, trafiłem na Łychę wracającego z roboty. Efekt? Jeszcze dwa browary z Pepem. Najpierw na środku osi, a potem po interwencji pewnych służb na klatce :P

    *Rzeszów: Już nie tak epicko jak w Gdańsku z kilku powodów (m.in. niedziela, późny powrót z zawodów, impreza na miejscu w hotelu). Szkoda, bo Rzeszów wydał się naprawdę fajnym miastem.

    *Akademik: W ramach odreagowywania pewnych wydarzeń, a także przy okazji udało mi się załapać na imprezkę do akademsa. Zaczęło się bardzo miło, skończyło się… nieco gorzej :P Cóż, stara prawda nie mieszać. Podobno jednak w akademiku się nie da… W każdym razie i tak to miło wspominam, bo obecna była znaczna większość ludzi, których tam poznałem. Bez tego, dzięki któremu ich wszystkich poznalem! Kowal akurat był wtedy daleeeeeeko ;)

    *31 października: Nie chciałem nazywać tego „wszystkich świętych:, bo to było dzień przed :P. Najpierw ustawka u Jacoba przy różnym sprzęcie i Xboksie, następnie do Packa i tam trwał dalszy ciąg imprezy :P Powrót do domu… był ;)

    *Wrocław po raz trzeci: Tym razem już podróż busem w jesiennej atmosferze z Lublina. Okazało się, że impreza została przeniesiona na sobotę i w pt siedliśmy na mieszkaniu i w miejscu poniósł nas melanż :P Następnego dnia w bardzo wąskim składzie na klub, powrót dosyć dziwny :P Ostatni dzień to konkretny zjazd. Schizowe animacje jednego ze znajomych z ASP + wydarzenia z dnia wcześniejszego dopełniły całości. Ja sam byłem strasznie zmęczony i po powrocie z miasta padłem na dwie godziny. Później natomiast spać już nie mogłem, więc zadecydowałem o powrocie pociągiem nad ranem.

    *Śledzik: tego typu wyjścia zawsze bywały grube i tym razem nie było inaczej ;) Zawsze do końca!

    *Szczepan: Zawsze jak na święta zbieraliśmy się u Kowala i… rozmawialiśmy :P. Obecna edycja była dosyć specyficzna, bo paru z nas przyprowadziło (NIE przyniosło, bo to akurat dotyczyło wszystkich ;)) świeże połówki. Chyba zaowocowało to tym, że tradycyjnej korozji nie było, do tego zasiedzieliśmy się nieco na mieszkaniu. Zawsze wychodziliśmy gdzieś w miasto, a tym razem do Balika udała się bardzo niewielka część. No nic, bywa i tak. A może to jakiś znak czasu? ;P

    Weryfikacja planów 2012:

    - rozwinąć się na polu zawodowym! +

    - skorzystać przez ostatnie pół roku bycia studentem, najmocniej jak się tylko da! +

    - NAPISAĆ i obronić magisterkę +

    - znaleźć robotę, odpowiednią! -/+

    - wydać wreszcie solówkę! -

    - zagrać jakieś koncerty +/-

    - wybić się ze stronką —

    - uratować sezon LLH -

    - zaliczyć dużo meczyw +

    - żeby hajsiku nie brakło +

    Plany na 2014:

    • wydać coś w tym roku!

    • Iść dalej wyznaczoną zawodowo drogą

    • znaleźć dodatkową drogę, sposób na życie

    • obejrzeć możliwie najwięcej igrzysk i MŚ

    • hajs hajs hajs

    • pojechać na HH Kemp w końcu!!!
    • zrzucić kilka kilo i zacząć z powrotem wyglądać jak człowiek

    • i żeby coś się ruszyło w tych, wiadomych sprawach ;)

     

    Tyle. Następny rok będzie… Nie wiem jaki będzie. Zaczęła się już „reszta mojego życia” i teraz nie wiem jak to będzie wyglądać bo na nic już nie czekam, tylko sobie żyję z tygodnia na tydzień. Bywa dziwnie, lecz cóż ja poradzę? Coś się musi wydarzyć ;)

    Witam w drugiej części magisterskiego alfabetu. Wiem, że kazałem na siebie czekać długo, lecz brak sił, czasami czasu (pleonazm!), bądź też po prostu weny i odpowiedniego nastroju okazał się trudnym rywalem. Nic to, lecimy tutaj!

    N jak ninja

    Na naszych studiach były osoby, które z różnych powodów nie dotrwały chociażby do licencjatu. Niekiedy, jakby nie relacje pojedynczych person, czy też Naszak, to nie wiedziałbym, że w ogóle ktoś taki u nas był (jak np. ruda Katarzyna, obecnie jakaś tam blogerka modowa). Jednakże zdarzali się też i tacy, których mi po prostu było szkoda. Tak się jakoś złożyło, że u nas w grupie na pierwszym roku było dwóch takich ziomków. Pierwszy to był Baca, bitmejker z Łęcznej. Niezwykle pozytywna osoba, z którą był jeden temat przewodni – muzyka. Mieliśmy nawet strzelić jakąś szerszą współpracę, no ale… W każdym razie był bardzo wyluzowany, czasami aż zbyt. Stwierdził jednak, że to nie dla niego i w drugiej połowie semestru po prostu zrezygnował. Drugi to był Lotnik z Bełżyc. Swoją ksywę dostał z racji zamiłowania do samolotów. Żeby go tak nazwać, doszedłem do wniosku, gdy zobaczyłem, jak obserwuje sobie na kulowskich kompach jakiś radar lotniczy ;) Poza tym straszny napał na płeć przeciwną :) Tutaj z kolei zadecydowały względy zdrowotne. Zaczął on sesję, ale nie dokończył. Ostatecznie wylądował w Warszawie na AON-ie, gdzie chyba nie narzeka i spokojnie sobie studiuje. Mega szkoda było innego adepta studenckiego ninjitsu (opanował tą sztukę aż na trzecim roku), Lebiego, znanego także jako L10. Niesamowity człowiek, mega piłkarz, podpora KUL-owskiej i dziennikarskiej drużyny, a także imprezowy automat…co jednak koniec końców nie wyszło na dobre. Jedna z pierwszych osób, które poznałem na tym roku, o czym zresztą też już wspominałem. Nikt inny nie odważyłby się chyba przyjść w mocnym stanie wskazującym na poprawkę, do tego jeszcze ustną. Do dziennikarskich ninja, tylko że magisterskich dołączył na końcu nikt inny jak Kośli. O co poszło? Sam w sumie nie do końca jestem w stanie ustalić. Szejm on ju w każdym razie!

     

    O jak obrona

    Finał, koniec, ostatni egzamin na studiach! Wow, uszanowanko dla komisji, obrona taka obroniona… Cóż mogę powiedzieć, właściwie to tylko formalność w arcypoważnej oprawie. Przy okazji pierwszej pracy stresu było właściwie pół procenta, bo przed samym wejściem jednak czuło się powagę sytuacji, lecz nie trzeba było się specjalnie tak naprawdę przygotowywać. Ot gadka z komisją, parę niezbyt skomplikowanych pytań i załatwione. Z magisterską było nieco inaczej, bo jednak były tezy do opracowania i słyszało się, że jednak coś trzeba wiedzieć. Miałem to szczęście, bądź nieszczęście bronić się we wrześniu, więc wszystko właściwie podane miałem na tacy. Tylko co z tego, jak tak naprawdę pytania były mixem działania w terenie z wyklepaną teorią, co lekko zbiło mnie z tropu. Oczywiście wszystko skończyło się po mojej myśli, lecz komisja musiała się powstrzymywać od śmiechu, gdy wyjaśniając elementy komunikacji niewerbalnej na przykładzie wizyty w afrykańskiej wiosce powiedziałem, że „w żadnym wypadku rozmowy z mieszkańcami nie można przeprowadzać na leżąco” ;). Po wszystkim tak naprawdę średnio czułem, że mam trzy litery przed nazwiskiem. Po pierwsze wrzesień to i z deka pusto. Po drugie Majdanek, to i specjalnie klimatu nie ma. Po trzecie, o czym już wspomniałem, brak konkretnej imprezy w Lublinie.

     

    P jak przystanek

    Nie będzie tu tylko o przystankach, lecz w ogóle o komunikacji miejskiej w całym Lublinie. Gdy zaczynałem studiować, po mieście nie dość, że jeździły zarówno autobusy MPK, jak i prywaciarze (u których płaciło się dając stojącemu przy drzwiach kontrolerowi złotówkę, na bilet nie dało się pojechać), to jeszcze sporo z tych pojazdów stanowiły m.in. Ikarusy, w których kompletnie nie szło usłyszeć własnych myśli, a co dopiero z kimś porozmawiać. W zimie te cuda węgierskiej myśli technicznej miały natomiast problemy z większymi podjazdami (np. na dolnej 3 maja). Niedługo po naszym przybyciu naczelny lubelski przewoźnik zaczął zaopatrywać się w nowe pojazdy, gdzie gwoździem programu były zawsze Mercedesy, dzięki którym można powiedzieć „jeżdżę Mercem za 300 tysi” :D. Co prawda z początku łatwiej było trafić jakiegoś Ikarusa, bądź Jelcza, lecz w miarę upływu czasu tabor znacznie się poprawiał. Do tego, co ważne zniknęły autobusy prywatne, które przy posiadaniu przejazdówki potrafiły doprowadzić do mniejszego, bądź większego zdenerwowania (jak np. 31, gdy odbywałem praktyki na Jana Pawła). Dzisiaj trafić na jakiś starszy wehikuł jest już zdecydowanie ciężej niż kiedyś, za co bardzo duży plus dla Lublina. Z trolejbusami (zwanymi przeze mnie „troljebusami”) już nie było tak pięknie, bo tam modernizacja wciąż trwa, a też trzeba zaznaczyć, że przy zsyłce na Majdanek byłem, podobnie jak reszta roku zmuszony do przesiadki w te hybrydy autobusu i tramwaju, gdyż stanowiło to najczęstszą opcję transportu i dotarcia w te dosyć odległe zakamarki LBN. Tyle o ile było dobrze, że chociaż trolejbusów było naprawdę dużo i połączenie między centrum, czy PKS-em a „kampusem wschodnim” stało na dogodnym poziomie. Jedyne problemy zaczynały się w razie ataku zimy. Wtedy pojazdy te całkowicie wypadały z ruchu na jakiś czas i trzeba było kombinować, jak tu się dostać zwykłym autobusem. Kolejna opcja, o której koniecznie trzeba wspomnieć, to canarinhos. Akurat w Lublinie bardzo rzadko zdarzało mi się jeździć bez biletu, toteż nigdy na kontroli nie wpadłem. Nie zdarzały się one jakoś specjalnie często, ale raz wracając do domu bezpośrednią linią z willowej na KUL (w zamierzeniu na PKS), zdarzyło mi się to dwukrotnie ;). Kanary, zgodnie ze swoją nazwą miały oczojebne kamizelki, w wyniku czego widać było ich z bardzo daleka. Teraz podobno mają trochę mniej wyróżniać się w tłumie. Innymi aspektami korzystania z komunikacji miejskiej była także jazda na kacu (bardzo nieprzyjemna), czy też autobusowe legendy Lublina. Gdy kiedyś jechałem na egzamin, to w trakcie jednej podróży jechałem z szaloną babą („Jezus Maria, dlaczego z tym nikt nie walczy?!”) i człowiekiem w wieku średnim, mówiącym głośno niby do kogoś, ale w gruncie rzeczy do siebie. Zabrakło tylko wesołego pasażera (do obadania na YT) i gościa w worku pokutnym. Także zaznaczyć trzeba autobusy nocne, na które czasem wycinało się dobry sprint, aby zdążyć na kurs, jeden na godzinę (z podkreśleniem zimniejszych miesięcy). Większych przygód w N-kach nie uświadczyłem, chociaż czasami jazda nimi bywała dosyć specyficzna. Na koniec rzecz o przystankach. Te na dużej części poprawiły się znacznie, przede wszystkim o wyświetlacze znane choćby z centrum Warszawy (która o takim standardzie może sobie tylko pomarzyć).

     

    R jak radio

    Bodajże pod koniec drugiego roku wszyscy musieliśmy stanąć przed wyborem specjalizacji. U mnie był ten dylemat, że zastanawiałem się między TV a radiówką. W końcu z różnych względów wybrałem radio. Co by nie narzekać na rozbicie po specjalkach, trzeci rok był najbardziej produktywnym i użytecznym na całych studiach. Wreszcie praktyka zaczęła górować nad teorią (która obecna była, acz nie w takim stopniu jak wcześniej) i na zajęcia rzeczywiście zaczęliśmy przychodzić (przynajmniej część) dosyć chętnie. Niekiedy ich tempo było wręcz ślimacze, więc był także czas na pogadanie i zjedzenie czegoś np. Generalnie jednak wynosiło się dosyć dużo, a ja sam dzięki wszystkim ćwiczeniom i warsztatom w studio zobaczyłem, że nie jest tak świetnie jak mi się swego czasu wydawało. Dało mi to porządnie do myślenia, oraz było impulsem do pracy nad sobą. W dodatku bardzo często siedzieliśmy na kwaterze głównej na Racławickich, ponieważ na Majdan nasza alma mater zdołała przenieść wszystko, właśnie poza studiem (uczyniono to chyba po dwóch latach po przeprowadzce, a może i później, w sumie nie wiem). Fakt, że umiejscowiło nas to w centrum uwagi z jednej strony, z drugiej zaś wyalienowało nas to po części od reszty rocznika. No ale coś za coś ajt? Znak rozpoznawczy naszej specjalki to oczekiwanie w czasie okien w Archiwum. Niektórzy po takiej poczekalni mieli lepsze gadanie na ćwiczeniach :P Był jeszcze drugi aspekt radiowego życia – pozauczelniany. Otóż w wakacje między 2 a 3 rokiem musieliśmy załatwić sobie także praktyki. Po pukaniu w warszawskie drzwi, ostatecznie trafiłem do radia eR. Była to rozgłośnia powiązana z archidiecezją, ale także z Radiem Zet. Robota, jaka tam do mnie należała to było śmiganie z mikrofonem po mieście i nagrywanie tych i owych. Wydarzenia, konferencje, sondy itp. Później montowanie tego wszystkiego w newsy, napisanie skryptu, wydrukowanie, a także przesłanie plików z dźwiękami gdzieś tam, aby wiadomości mogły sobie w odbiorniku w sposób harmonijny polecieć. Miałem przez niecały rok przygody parę ciekawych doświadczeń. Tak jak już wcześniej pisałem, konieczność zrobienia materiału prowadziła mnie w różne zadupia Lublina, dzięki czemu mogłem połączyć to z małą wycieczką krajoznawczą. Pamiętam też, że przed wejściem do budynku, w którym miałem przeprowadzić rozmowę, zorientowałem się że zapomniałem dyktafonu. Także latanie z jednej konfy i urywanie się z niej w połowie, aby zdążyć na drugą również było ciekawym przeżyciem. Tak samo jak zostawienie sprzętu na holdzie, podczas gdy cały czas byłem przeświadczony, iż wszystko się nagrywa. Generalnie jednak trochę mi takie otrzaskanie dało, w odróżnieniu od Złotych Przebojów, w których byłem przez krótki czas. W ich tempie to teraz gdzieś kończyłbym wymaganą ilość godzin. Trzeci rok się skończył, a na mgr dla uczelni ważniejsze były inne sprawy, natomiast współpraca z eRką dobiegła końca po tym, jak złamałem rękę. Później już jakoś tak się złożyło, że nie miałem okazji by tam wrócić.

     

    S jak studenci

    Życie studenta często znacznie różni się od każdego innego rozdziału w życiu. Wiadomo, imprezy, wstawanie na kacu na zajęcia, decydowanie o tym, czy idziemy na nie czy nie, zniżki w komunikacji, wąski budżet na przeżycie przez miesiąc, użeranie się z niektórymi wykładowcami i ćwiczeniowcami (co czasami, albo nawet częściej niż czasami spada na barki reprezentanta wszystkich, czyli starosty/starościny (w naszym wypadku poprawna jest druga odpowiedź ;)). Było nas, jak w pierwszej części pisałem najpierw koło setki, później ok. 60. Ze zgraniem zdążyłem już napisać coś po trochu jak było w pierwszej części. Im więcej grup i grupek się robiło, tym sytuacja stawała się trudniejsza. Wszystkiego dopełniło jeszcze rozbicie na specjalki. Całość dobitnie było widać przy organizacji pierwszego metka, kiedy po burzy na forumce wiele osób zrezygnowało z udziału, przez co takowy się nie odbył. O, właśnie, forum! To dopiero była płaszczyzna wymiany poglądów. Najpierw pierwsze naszoklasowe, które opuściliśmy po tym, jak się okazało, iż wbijają na nie nasi wykładowcy, co szczególnie w sesji było dosyć ryzykowne. Następne było forum php postawione przez Latosa (w międzyczasie Górka proponował już wcześniej to rozwiązanie, lecz wtedy nie przeszło). Chyba już na 5. roku akcja została przeniesiona na Facebooka i tak funkcjonuje sobie do dziś, nawet gdy skończyliśmy studia, lecz istnieje chociażby po to, bym mógł zamieścić link do tych wypocin ;). Szkoda mi jednak, że ze starych for nie ocalało kompletnie nic (no, chyba że uda się jeszcze uratować to z php…). Loża szyderców, kłótnie, ustawki na imprezy zakończeniowe (okraszone odpowiednimi hasłami reklamowymi). Piękna sprawa. Nawiązując jeszcze do samego hasła, to przyznać trzeba, że będzie mi brakować tych wszystkich wymienionych na początku rzeczy, a także, a nawet przede wszystkim koleżanki i koledzy z roku! Pięć, czy tam już nawet trzy lata (a nawet dwa, uwzględniając tych, którzy dołączyli do nas na mgr), to okres, w którym ja np. bardzo przywiązuję się do ludzi. Pewnym sentymentem będę darzył nawet tych, z którymi nie miałem okazji specjalnie często rozmawiać. Jeszcze wracając do kwestii zgrania, to po jakimś czasie większym gronem wyjść było bardzo trudno, poza pewnymi wyjątkami (pojedyncze klubówki, jak i domówki w centrum imprezowym u Latosa na piątym roku + legendarna impreza u Arka). Wiara wracała przy okazji imprez na koniec roku, gdzie ZAWSZE frekwencja była niesamowita. Pamiętam jaki szok towarzyszył mi przy okazji pierwszego AOS-u, gdy po dosyć jałowym pod tym względem trzecim roku stawiło się tyyyyle ludzi! Utwierdzało mnie to w przekonaniu że niekoniecznie każdy ma wyjebane (część na pewno miała, ale to i było wliczone w koszta). Ostatnie, o czym chciałbym napisać, to moment chyba najbardziej wyjątkowy, którego wyjątkowość polegała m.in. na fakcie, iż nie towarzyszyła mu ani kropelka alkoholu (będącego zazwyczaj bardzo mocnym spoiwem). Co dokładnie? Coś, czego nigdy nie wspominałem podczas mniej lub bardziej kameralnych spotkań przy piwku, bądź bez niego. Uwaga: opłatek 2009 (na drugim roku). Co ciekawe, nie przewidywałem swojej obecności na tym evencie, podobnie jak rok wcześniej. Wpadłem natomiast po zawodach w piłkę na Majdanek do 241, a tam okazało się, iż trwa próba do jasełek. Wszystko potoczyło się tak, że dostałem podwójną rolę dresonarkusa i przechodnia, który kręcił bekę z pani lekkich obyczajów. Szczególnie ta pierwsza kwestia wymagała ode mnie zarówno podstawowych umiejętności ćpania (nauczonych od mistrza Latosa – czapki z głów!), jak i kickboxingu (moja ulubiona wówczas część – pamiętam jak kolanem Lebiemu zafasowałem :P). Do tego jeszcze szatańska prezentacja Latosa, nieznająca włoskiego Aga śpiewająca po włosku, Adanioł i ogólny klimat całości wykonania… jak mógłbym o tym zapomnieć? Bardzo dużo ludzi z naszego rocznika (w tym większość tych najważniejszych dla mnie) + świąteczna, zimowa atmosfera + (nie boję się tego przyznać) fakt, że byłem wtedy mocniejszy duchowo, dało bardzo wbijający się w pamięć wieczór, którego nie zapomnę już nigdy. Nie pamiętam kto robił wówczas zdjęcia, ale jeśli wielkie dzięki dla Ciebie, bo to były chyba najbardziej magiczne i wyjątkowe chwile w trakcie tych pięciu lat.

    Wówczas w głowie latał mi bardzo mocno ten kawałek:

    T jak TKM

    Postrach magisterki. Siłą rzeczy nie mogło się to znaleźć w podsumowaniu przed dwoma laty więc muszę to wrzucić teraz. Teorie komunikowania masowego był to cykl zajęć (wykład+ćwiczenia), które większość z nas zapamięta jeszcze bardziej od statystyki. Bardziej jednak problematyczne były ćwiczenia prowadzone przez mgr Sz. (pozdrawiam, bez szydery!), która zafundowała nam mały powrót do przeszłości – znane z czasów edukacji podstawowo-średniej NP! Dodatkowo na każde zajęcia trzeba było czytać dosyć ciężko wchodzące teksty, a później byliśmy z nich albo wyrywkowo pytani, bądź szła wejścióweczka. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że na całych studiach mocno odwykliśmy od konkretnej pracy, więc było to dla nas pewnym szokiem. Inna sprawa, iż mocny początek był swego rodzaju straszakiem i później stopniowo luzowano nam pasa. Do tego mieliśmy półtoragodzinny wykład u dr Cz., na którym sprawdzana była obecność, gdzie był ten problem, że wykładowca stał do nas bokiem (ze względu na specyfikę ustawienia krzesełek w tamtej sali). Ludzie mieli jednak i na to sposoby… W samej sesji dużej części męskiego audytorium największym dramatem nie była sama konieczność zaliczenia i bujania się z poprawkami z ćwiczeń, ale fakt, że trwało wówczas Euro, a my zamiast siedzieć przed telewizornią obserwując kolejne meczywa, musieliśmy się uczyć Katza i innych mądrych głów. Ja osobiście u mgr zaliczyłem za trzecim razem (poprawka poprawki), a egzamin na 5, ale każdy wie jak to wyglądało :P. Wszystko do tego odbyło się jednego dnia! Ja bardziej zapamiętam noc przed tym combosem. Warszawa, powrót z pracy do akademika i nauka do upadłego (ostatecznie udało się urwać całą godzinę snu). Pociąg z WWA do LBN o 5.55 z przesiadką w Dęblinie. Ledwo zdążyłem, a bilet musiałem kupić u kanara, bo biletomaty na centralu nie obsługiwały mojego banku. Musiałem kupić… ale nie kupiłem, ponieważ gdy przyszedł już pan z magicznym urządzonkiem, pokazałem mu 200 zł w jednym banknocie. Ten odparł mi „następnym razem wystawimy bilet kredytowy i tak to załatwimy”, po czym opuścił przedział… ;) Przesiadka poszła już spokojnie i bezkolizyjnie. Na miejscu pod PKP zamówiłem złotówę i tak dotarłem na miejsce. Co było dalej, już napisałem. Nie zapomnę także wielkiej euforii podczas wyczytywania wyników na AOS-ie (bo Tomczyk miała net w fonie :D) i znakomitej przyśpiewki, uskutecznianej głównie przeze mnie i Latosa (ktoś jeszcze śpiewał z nami? Przyznawać się :D ).

    U jak uczing

    Postawię sprawę jasno – poza sesjami nie było tego zbyt wiele. Poza jakimiś nielicznymi wyjątkami (socjo, systemy, angielski, tkm… coś jeszcze?) nie byliśmy w ogóle zajęci uczeniem się, a studiowaniem ;P. Zazwyczaj forma zaliczeń na ćwiczeniach to były jednak jakieś referaty, czy prezentacje. Najbardziej z perspektywy czasu śmieszy mnie fakt, że do pierwszej sesji zaczynaliśmy się uczyć już od początku stycznia ;). Oczywiście nie ma co ukrywać, że na styczniowo-lutowy maraton niewiele nam już w głowach zostało. Na maj i czerwiec taktyka była już całkiem inna, wiadomo jaka. Inaczej też uczyło się na egzaminy ustne, inaczej na pisemne. Na, te pierwsze trzeba było po prostu nawijać bez większych zacinek, więc wyuczone musiało być lepiej (bo inaczej cała koncepcja mogła się zawalić). Z drugiej strony można było być wyumianym trochę słabiej, albo nawet w ogóle, jeżeli wykładowca był trochę luźniejszy i jeżeli miało się gadanę (Furman? ;)). Przy egzaminach ręcznych (:P) zdarzyć się mogło, że pamiętało się coś słabiej, ale (jeżeli się dało) to można było liczyć wówczas na pomoc naukową (zalecana ostrożność i korzystanie w ostateczności, przykładem moja poprawka z historii), lub osobę siedzącą obok. Z tego też powodu nie trzeba było ogarniać wszystkiego, tylko zostawić sobie np. dwa ostatnie rozdziały z notatek. O nich napisałem już wystarczająco przy okazji alfabetu licencjackiego, ale wspomnę jeszcze, że szalenie ważne jest mieć je cały czas w komplecie, bo mi dwa razy zagubiła się dosłownie strona i z tego też powodu miałem dwie poprawki (socjo i creative). Czasami udało się zrobić skrypt, a konieczność uczenia się z książki to na szczęście była rzadka przypadłość. Chociaż bardzo często na pierwszych zajęciach mówiono nam, że konieczne do zdania egzaminu będą jakieś konkretne lektury ;) Dużą rolę odgrywały w samym procesie odgrywały tzw. energetyki, które opisałem już w pierwszej części tych rozważań :).

    V jak VIP-y

    Końcówka alfabetu, to chwila w której chciałem koniecznie wyróżnić i podziękować „kilku” osobom, z którymi miałem okazję przeżywać swój studencki żywot, a także coś im ewentualnie przekazać. Oczywiście, mogę o czymś zapomnieć i pewnie tak się stanie, dlatego no offence ;)

    Najpierw ludzie, z którymi mam bardzo bliskie relacje, bądź miałem przez jakiś mniejszy, bądź większy kawałek czasu. Prawdopodobnie nie napisałem wszystkiego, co chciałbym… ale musiałbym się z każdym z was spotkać na kilka browarów i wyśpiewać wszystko, co mam na sercu.

    TQ – bracie! Dzięki Ci za to, że trafiłem kogoś takiego w swoim pojebanym życiu. Po pierwszych dniach wiedziałem, kto będzie ziomkiem numer jeden. Za to, że jak było dobrze to pity browar sprawiał dwa razy większą przyjemność, a jak było źle, to zawsze miałem wrażenie, że godziny rozmów z Tobą nie szły na marne. Właśnie za te rozmowy, za opróżniony alkohol, za zrozumienie, za dach nad głową w LBN, wszystkie serdeczne pojazdy i za milion innych rzeczy. Oby drugie studia coś Ci rzeczywiście dały i wszystko się ułożyło. Żałuję, że nie udało się przez ten czas pchnąć naszego rapowego projektu, jak i tego, że w niektórych ważnych chwilach, które dziś wspominam, nie było Cię z nami.

    Magda – z początku trochę się Ciebie bałem ;) okazało się jednak, że jesteś jedną z najważniejszych osób, jakie dane było mi spotkać w ciągu tych pięciu lat. Przede wszystkim dziękuję za przedstawienie punktu widzenia „od drugiej strony”, szczególnie w dobie moich wszystkich problemów przedstawionych pod literą „D” ;) Jak się nie dało mnie ogarnąć normalnie, to byłaś pierwszą i jedna z bardzo niewielu osobą, która miała zamiar stosować rozwiązania hmmm… bardziej bezpośrednie („weź bo Ci zaraz przypierdolę!”) ;). Godziny rozmów przez gg, czy to przez telefon… Moje życie często bywało Twoim i vice versa. Oby w tej Warszawie znalazło się dla Ciebie coś lepszego.

    Wicia – osoba, której wszyscy się bali… no dobra, nie wszyscy ;) gdy trzeba „przetyrać banię”, uzmysłowić pewne rzeczy, albo (nie zawsze ;)) wypić browara, czy coś innego – jest niesamowicie efektywna, również za wielką cierpliwość względem mojej osoby i lekko jebniętego charakteru :P

    Broku – …był lekko w szoku :P szczególnie za drugi i trzeci rok, kiedy wspieraliśmy się w tych lepszych i gorszych chwilach, za dawkę chamskiego humoru i odpowiedniej ilości słów na ka :P

    Alvaro – jak jeszcze się trzymałeś z nami było naprawdę dobrze i akurat tych paru kluczowych momentów na pewno Ci nie zapomnę ;)

    Kuliniak – za dziwne pomysły, gadki z dupy, imprezy, które zazwyczaj kończyły się dla mnie źle, gazrurki z bagażnika

    Bari – przede wszystkim za kopanie piłki, ale także za rozmowy o dupach (naszak hehehe), a także wzajemne pociski na bardzo wysokim poziomie ;)

    Latos – komendant imprezy! Człowiek, dzięki któremu na piątym roku nasz rocznik nie utopił się w maraźmie. Poza tym za te litry wypitego browaru (niezawodność potwierdzona!) i bycie przykładem, że różne szaliki nie oznaczają kosy, a wręcz przeciwnie :) Przyjedź no kiedyś na wschód!

    Aga K – Dzięki wielkie za pomoc w wieeelu sprawach i dziękuję, że mogłem się komuś przydać :) Szacun za pięć lat latania, załatwiania i świecenia oczami w naszym imieniu :)

    Poza tym (kolejność przypadkowa):

    Hubert (piwerka, wódeczka, radyjo, końcówka imprezowego Sławinka) Arek (piwerka), Ada

    Edyta K, Ola C (pasja, niesamowita energia i pozytywne podejście), Więski, Szania, Edyta S (wariatkiiii ;)), Magda Be (zawsze miła i pomocna :)), Ania (ogólna pomoc, studioooo), Kamila (beka, suchary, beka ;)), Caryk (imprezyy), Tomczyk (fak ju, slajer, martwe płody, niesmaczne dowcipy, PC), Basia (zawsze pozytywnie :)), Kinga, Jagoda, Marta, Sawik (piłeczka), L10 (piłeczka), Groniu (piłeczka)

    Jak kogoś pominąłem, to bardzo przepraszam.

    W jak wakacje

    Zawsze po sesji letniej nadchodził czas wielkiej, symbolicznej najebki. Natomiast po szalonej nocy, prócz kaca nie było już nic. No, może przesadzam lekko, ale na 3 miesiące z większością tej ekipy trzeba było się rozstać. Z jednej strony człowiek się już przyzwyczaił do tej wesołej gromadki i ciężko mu było się żegnać na jakiś czas, z drugiej jednak był to czas spowolnienia tempa, odpoczynku od tego całego zgiełku okołosesyjnego i tych samych twarzy, widywanych przez ostatnie 9 miesięcy. Zwłaszcza, że po pierwsze z niektórymi bywało dane nam zobaczyć się przed 1 października, a po drugie, po tych 100 dniach na uczelnię jechało się z przyjemnością. Jednak tęsknota bywała zazwyczaj spora. Poza tym można było nabrać energii przed kolejnymi imprezowymi bojami. Zresztą właśnie w trakcie lipca-września uświadamiałem sobie podczas nielicznych wizyt w Lublinie, jak bardzo to miasto zamiera na wakacje. Szczególnie tyczy się to lipca i sierpnia, bo we wrześniu przyjeżdżali zazwyczaj poprawkowicze. Dziwny to widok opustoszałego miasteczka akademickiego, czy nieco mniej zatłoczonych niż zwykle chodników. Jeżeli w Lublinie czas zawsze zlatywał wolniej, to w wakacje było to prawdziwe slow motion. Bywało tak zazwyczaj, poza ostatnim okresem wakacyjnym kiedy… rzeczywiście już nic nie zostało. A jeszcze dziwniej w październiku, kiedy przyszedł październik i nie jechałem na zajęcia na Majdanek… Pustka… No, ilu z was tak miało?

    Z jak zegar

    Jak mawiał Czesiek Niemen, dziwny jest ten świat. Jak mawiał Koras w kawałku „Bez ciśnień”, „czas zapierdala – czyja wina?”. Jeszcze niedawno człowiek zaczynał studia i liczyło się dla niego przede wszystkim to, że miał legitę, indeks, mógł sobie pójść na browara, na imprezę i nigdy nie było problemu ze znalezieniem składu, bo każdy przede wszystkim chciał i miał czas. Dzisiaj już w większości przypadków odwróciło się to o 180 stopni. Myślimy, co zupełnie normalne, jak tu się utrzymać, co zrobić z naszym życiem. Są jeszcze inne zmiany. Ulega im sam Lublin. Przybyło kilka nowych budynków, ruszyła budowa teatru w budowie (nie spodziewałbym się nigdy, że przed końcem moich studiów tak się stanie), po legendarnej Oranżadzie nie ma już śladu, na PKP już tak nie straszy jak kiedyś, wszystko takie jakby nieco bardziej zadbane. Zmiany dotyczą też nas samych. Jednym przybyło kilogramów, innym ubyło, niektórzy już po ślubie… Wiele osób zmieniło swoje nastawienie do reszty, na gorsze bądź lepsze… Zresztą, jak wszyscy zjeżdżaliśmy do Lublina, na główny KUL z papierami (akurat ja przyjechałem chyba w ostatnim terminie, po godz 13, kiedy już miało być zamknięte wszystko ;)), to kto by pomyślał, że pięć lat może tak szybko zlecieć? Podobno wszystko, co dobre, szybko się kończy i w sumie ciężko temu zaprzeczyć. Podobno to najlepszy czas w życiu i toteż nie dziwne, że przeleciało jak w godzinę. Tempo i ilość wrażeń bywała różna, w zależności od okresu, ale klimat zawsze był ten sam. Poza tym ta powtarzalność, że zawsze sesja, długie przerwy świąteczne… Wszystko to wyznaczało pewien, niezachwiany niczym rytm. Osobiście żałuję wielu rzeczy… których przede wszystkim nie zrobiłem. Potencjału i czasu było bowiem sporo. Ale cóż, najwyraźniej tak a nie inaczej miało być i tego już nie zmienię i nie cofnę. Show must go on :)

    Ż jak życie

    Jest to niejako kontynuacja hasła poprzedniego. Dla większości myślę z nas, studia były okresem dosyć lajtowym, w którym nie myśleliśmy (przynajmniej na samym początku) o przyszłości, tylko żyliśmy chwilą. Nastał czas złożenia pracy mgr, jej obrony. Potem większa (w przypadku czerwca) bądź mniejsza (wrzesień) najebka w ramach świętowania. Co dalej? Zakładając, że dyplom nie jest dla Ciebie jakiś szczególnie ważny to musisz po prostu zacząć robić coś z życiem. Ja to nazwałem „początkiem reszty mojego życia”, bo edukacja zawsze wyznaczała nam sztywne, widoczne ramy, a teraz tego nie ma. Wiadomo, że frustracja pogłębia się z każdą wysłaną cevką i temat jest generalnie dosyć ciężki, szczególnie jeżeli coś próbowałeś robić w temacie doświadczenia jeszcze w trakcie studiowania. Siedząc przy browarze w wakacje rok temu na torach kumpel powiedział „wiesz przecież, że zmieni się wszystko”. Można było w głowie roztaczać różne scenariusze, ale nikt tak naprawdę nie wiedział co będzie się działo i gdzie wyląduje za rok. Patrząc na niektórych na absolutorium, czy kilka godzin później podczas AOS-owego melanżu ostatecznego nie miałem w głowie myśli, że kogoś widzę być może ostatni raz w życiu. Część z nas zostaje w Lublinie i ustawić się na browar-dwa nie będzie trudnym zadaniem. Są jednak osoby, które nieprędko wrócą tu na wschód. Wszystko to spowodowane jest tym dziwnym okresem (nazwałem to także „kolejnym sezonem serialu”) zwanym dorosłym życiem. Rozmawialiśmy o tym podczas końcowej najby, że zostawimy naszą grupę na FB, aby chociaż raz w roku, w czerwcu nachlać się na AOS-ie. Wiadomo, jak wcześniej nie będzie, bo ten pracuje, tamten pojedzie do domu jak ma wolne itp… ale zawsze jak zbierze się chociaż 10-12 osób to będę uważał to za sukces. Ktoś mi w sumie mądrze powiedział, że kontakt będzie z tym kim trzeba i po części mogę się zgodzić… ale z częścią tak naprawdę łączył melanż, wypite browary i poranna kacówa. A co będzie jak tego nie będzie? W każdym razie nastąpił ten czas, kiedy nasze losy się rozdzielają i wszystko to, co nam zostało, to wjechać w to życie jak „dzik w chrust granatem” (zagadka: czyj to cytat?) i mam nadzieję spotkać się w minimalnie większym gronie chociażby i ten zakładany raz do roku. Bo to, że z jednostkami regularny kontakt będzie, to nie ma najmniejszych wątpliwości. Zbyt dużo zażyłości w tym wszystkim.

    To już jest koniec zestawienia. Prawdopodobnie ostatniego takiego w historii tego oto bloga (w żadnej robocie raczej już nic takiego nie przejdzie ;)). Dziękuję wszystkim bez wyjątku za te pięć lat wspólnej egzystencji na polu uczelnianym. Dzisiaj dopadła mnie refleksja, że to fajnie, że większość znajomości rozpoczynaliśmy od całkowitego zera, a przed studiami znało się dosłownie parę osób. Zaowocowało to w mojej opinii (i pewnie nie tylko w mojej) świetnym czasem i wszystkim tym, co zawarłem w alfabecie licencjackim, jak i magisterskim. Dzięki przeogromne, bo tego wszystkiego nie spisałbym, gdyby nie WY. Mam nadzieję, że nasze ścieżki jeszcze się kiedyś zejdą.

    Żeby natomiast odmulić trochę to podsumowanie na koniec, legendarny rocznikowy utwór muzyczny ;)



    PS. Refleksja numer dwa. Za X lat jak ktoś się do tego sajta dokopie i ładnie to zredaguje, może to wydać jako książkę ;))) (jestem w trakcie czytania biografii różnych piłkarzy, stąd mi to wszystko przyszło na myśl)

    POZDRO600 :P

    Podobnie jak w przypadku ukończenia pierwszego etapu studiów, tak finisz edukacji na tym poziomie podsumuję w formie alfabetu. W porównaniu jednak do zestawienia po licencjacie (do sprawdzenia TUTAJ) zaszły pewne zmiany. Po pierwsze dobór haseł należał tylko i wyłącznie do mnie, z tego względu, że wpis będzie miał charakter bardziej osobisty. Po drugie postanowiłem lekturę rozbić na dwie części, ponieważ dwa lata temu, wszystko było w jednej i jak na pojedynczy post było… za długie. Generalnie starałem się nie powtarzać tematów, a jak się gdzieś tam coś przewija, to wszystko jest opisane z mojej, własnej perspektywy. Może napisane jest to w sposób nieco chaotyczny, lecz starałem się przelewać na ekran to, co w danej chwili myślałem. Po tym wstępie wypada mi tylko zaprosić do zapoznania się. Część druga będzie… najszybciej jak się tylko da ;)

    A jak alkohol

    To jest odpowiednie otwarcie tego zestawienia, bo chcąc nie chcąc, alko towarzyszyło nam i milionom innych studentów przez cały czas. Integracja, zdany egzamin, odreagowanie stresu, zalanie smutków, oglądanie meczu, imprezy w klubie, domówki, koncerty, plener, poważne rozmowy, zakończenie sesji zimowej, roku akademickiego, obrona dyplomu, czy też bez okazji. Wszystkim tym okolicznościom w mniejszym bądź większym stopniu towarzyszyło C2H5OH. Może to trochę straszne, trochę normalne, ale to właśnie dzięki wspomagaczom mamy tak dobre wspomnienia („tyyy, pamiętasz jak się wtedy zrobiliśmy?”, „tylko 3 kolejki!”). Może to trochę taki nasz szósty zmysł jak u Pezeta, a może tak robią na całym świecie (spytajcie się jakiegoś znajomego co był na Erasmusie, ja tam nie wiem). Czasami szło się na parę piwek, a innym razem na warsztat wjeżdżały mocniejsze rzeczy (albo po prostu słabsze z większą częstotliwością) co kończyło się trochę inaczej, niż szumem w głowie ;) Ja dobrze pamiętam, że przez długi czas na pierwszym roku nie piłem na tygodniu. Po prostu miałem taką zasadę. Między innymi przez to wiele bardzo ciekawych rzeczy z życia studenckiego ominęło mnie bezpowrotnie. Już nawet nie chodzi o stan zrobienia, ale o radosną spontaniczność, kiedy naprawdę nikt się nie znał :) Chociaż wtedy również kwestia byłą taka, że nie chciało mi się zostawać u kogoś na noc. Dopiero znacznie później człowiek poznał swój organizm i dawkował sobie tak, żeby było dobrze, ale także by dotrwać do pierwszego busa do domu ;) Podsumowując, przynajmniej w większości przypadków całość odbywała się odpowiedzialnie, żeby komuś postronnemu nie szło robić z nas alkoholików. Była przeginka to była i przerwa. Fakt faktem, spożycie (przynajmniej u mnie) nie odbywało się aż w tak regularnym stopniu co u niektórych.

    B jak bus

    Podczas, gdy większość kolegów i koleżanek z roku po raz pierwszy w życiu testowała uroki życia samemu na stancjach i w akademikach, ja codziennie śmigałem na przystanek autobusowy i czekałem na pojazd relacji Lubartów-Lublin. Można powiedzieć, że ten stop był dla mnie swoistym „town portalem” (kto grał w Diablo, wie o co chodzi) ze świata do świata. Zawsze to 30-50 minut do dojazdu na uczelnię trzeba było sobie doliczyć względem ziomków zamieszkałych w LBN. Jadąc pierwszy raz na uczelnię, zastanawiałem się, jak to wszystko będzie wyglądać na dłuższą metę. Obawiałem się, że może być ciężko, lecz po pierwszym tygodniu naprawdę szło się przyzwyczaić. Autobus to był dodatkowy czas na odespanie, na naukę przed egzaminem, na posłuchanie muzyki, pomyślenie nad życiem, wspomnienia. A ile to też razy wracało się ostatnim pojazdem do Lubartowa (przez pierwsze dwa lata o 22.30, później 22.15), czasami w stanie wskazującym? Ile razy wracało się jednym z pierwszych porannych po „trudach” nocy? To nic, że czasami standard tych wehikułów był bardzo wątpliwy (na czele z szerszeniem i armią więźniarek). Z czasem także człowiek zaczął korzystać z usług położonych po przeciwległej stronie dworca PKS-ów, które miały czytelny rozkład, lepszy standard i nierzadko były po prostu szybsze. Dlaczego nie stancja? Bo co by nie mówić, ale komunikacja jest naprawdę niezła pomiędzy miastami i dla rodziców to był również wymiernie mniejszy wydatek, niż jakby mieli mi gdzieś wynajmować bazę. Niekiedy bywało to kłopotliwe, ale tylko czasami. Na koniec jeszcze o cenach biletów. Gdy zaczynałem studia, bilet chodził po dwa złote. Później, gdy ceny paliwa sukcesywnie wzrastały, za nimi szły w górę kwoty przejazdów. I tak stopniowo, aż do obecnego, stabilnego poziomu 3.50 za ulgowy (4 za normalny). Pod sam koniec doszły jeszcze szynobusy w ramach odradzającego się kolejowego ruchu pasażerskiego w lubartowskich stronach. Były z tym jeszcze dwa problemy: po pierwsze tylko jeden przystanek (w chwili gdy to piszę, stop koło osi dopiero mi dołączyli) po drugie godziny odjazdów niespecjalnie dopasowane do czasu zajęć.

    C jak Collegium

    Na pierwszym roku KUL witał nas trzema sporych rozmiarów budynkami. Zabytkowym GG, przejściowym, acz przyjemnym Norwidem i wielkim Collegium JPII. Nie ukrywam, że hasło mówi tylko o jednej z tych części, lecz oczywiście autor na myśli ma cały kompleks przy al. Racławickich. Pierwsza, najstarsza część z mojej perspektywy, to przede wszystkim:

    • ciasne sale ćwiczeniowe, w których gnieździliśmy się w porach właściwie wieczorowych po długich okienkach
    • stara aula a.k.a. GG-47, gdzie po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że w liceum, przy 45 minutach czas się dłużył znacznie bardziej w trakcie ekonomicznych mądrości Freda, czy obserwowania trzymającego rękę w kieszeni Motyki.
    • biblioteka polonistyki, a więc uwaga, uczenie się na parę tygodni wstecz na pierwszą sesję
    • piękny dziedziniec, na którym umieszczony jest pomnik Wyszyńskiego i Wojtyły, z którym związany jest jeden, dosyć niewybredny żart :D
    • stołówka z dobrym, acz coraz droższym żarciem
    • kompy przed wejściem, przy których czekaliśmy z Barim na zajęcia i badaliśmy dupencje na Naszaku
    • ogólna klimatyczność najstarszej części KUL-u, za którą już rok później dosyć mocno zatęskniliśmy przy zsyłce na Majdanek
    • głównej auli, znanej z inauguracji 1 roku, na której po raz pierwszy w życiu zobaczyłem tych ludzi, z którymi będę dzielił uczelniane mury przez najbliższe lata, dla których przede wszystkim jest to podsumowanie

    Dalej, Norwid z kolei nie zapisał się zbyt mocno bo właściwie tylko jedną rzeczą:

    • podziemia, w których mieliśmy lektorat z KJPK. Gdy wchodziliśmy tam, zawsze padała seria żartów o austriackiej piwnicy :P

    Zazwyczaj jednak pełnił rolę typowo przejściową z głównego do CJP, który zapamiętałem z:

    • egzaminów na pierwszym roku, gdzie na szóstym piętrze trzeba było sobie zająć miejscówkę odpowiednio wcześniej, na pierwszym była filozofia i KNS, a na trzecim… na trzecim uwaliłem oba egzaminy, które tam miałem (socjologia i creative writing) ;P
    • z automatów do napojów, po prostu tam najczęściej z nich korzystałem :)
    • z ćwiczeniowych sal na 1 piętrze, gdzie w piątek rano był obowiązek zameldować się na zajęciach z socjologii. Dla wówczas imprezujących to dopiero był Jackass, zwłaszcza, że to były ćwiczenia, na które trzeba było być przygotowanym, przynajmniej częściowo
    • z punktu xero, przy którym poznałem się z moim najlepszym ziomkiem ze studiów

    Do tego dodajmy jeszcze zakamarki pomiędzy GG a kościołem akademickim, w których mieliśmy przez część czasu lektorat, a także studiem radiowym, w którym spędziłem wiele czasu na trzecim roku i trzeba przyznać, że były to jedne z najlepiej spędzonych godzin na tych studiach.

    D jak dziewczyny (dla części może być „dupy”)

    Od razu uprzedzam, że to kandydat na najbardziej kontrowersyjną część całego wywodu. Temat wydaje się lekki, łatwy i przyjemny, ale jak się nietrudno domyśleć, ma on także drugą, ciemną stronę medalu. Z kobitami od nas z roku z początku miałem właściwie styczność przez zajęcia, ponieważ moje życie towarzyskie niespecjalnie wówczas istniało. Przez pierwszy miesiąc relacje z płcią przeciwną w sumie wyglądały dosyć sucho, bo człowiek miał jeszcze wówczas swoje problemy. Jakoś dopiero później te znajomości bywały nieco bardziej systematyczne. Wielu z czytających ten wpis pewnie tak miało, że z początku jakaś osoba miała traktowana być totalnie obojętnie (z różnych powodów), ale podświadomie stopniowo docierało do niego, że ta relacja przynajmniej z jednej strony nie będzie normalna. W międzyczasie próbowanie tzw. autosugestii „to przecież zwykła koleżanka”, która była tak skuteczna, jak Lewandowski w kadrze. Później u mnie zaczynało się najgorsze. Ja osobiście nawet nie liczę momentów, kiedy zrobiłem z siebie totalnego idiotę. Milion paranoicznych wizji, dziwna zazdrość, potrzeba kontaktu za wszelką cenę itp. itd. Każdy to przeżywa inaczej, ale z pewnością znajdzie się ktoś taki, kto dla drugiej osoby jest w stanie się pociąć. No, może nie dosłownie, ale w wielu sytuacjach wyglądało to dosyć hardkorowo. Czasami zdarzało się, że np. taka Magda musiała mnie ogarniać w stylu „przestań się kurwa nią jarać!”, czego ja i tak zazwyczaj nie słuchałem, ehhh… Generalnie myślę sobie, że gdybym wówczas wyszedł z siebie i stanął z boku po czym popatrzył co ja robię, chyba bym musiał się kopnąć w głowę. W trakcie tych pięciu lat miałem dwa takie okresy: pierwszy od drugiego semestru na 1 roku do początku drugiego, a po paru miesiącach następny, aż praktycznie do końca pierwszego roku magisterki. Ile z tymi klimatami fajniejszych lub mniej fajnych akcji było związanych, to nie zliczę. Jeżeli ktoś zastanawiał się, jakie podłoże miało zdarzenie „tylko 3 kolejki” no to wyjaśniam, że właśnie taki. Z drugiej jednak strony, przy tym całym ogłupieniu nie sposób zauważyć, iż jednak człowiek dostawał dobrego kopa motywacyjnego, żył i starał się robić momentami wszystko na sto procent. Na samym roku wyszło kilka związków, niektóre z nich trwają do dziś, część już się rozpadła, a część… nigdy nie zaistniała ;) Niekiedy te klimaty przybierały bardzo zagmatwany, wręcz bym powiedział pojebany charakter, przywodzący na myśl opery mydlane z Ameryki Południowej. Pamiętam, że w grę wchodziło również jakieś one-night standy, odbijanie, zdrady i inne mniej lub bardziej toksyczne rzeczy. Tyle, jeżeli chodzi o tzw „full contact”. Poza tym kobity z DiKS-u – porządne, umiejące poratować w ciężkich chwilach, miłe, lubiące imprezować.  No ale też dla kontrastu trafi się ktoś, kto myli starter do Playa z doładowaniem etc :P ;)

    E jak energetyk

    Przed wejściem w erę studencką w ogóle nie potrzebowałem wspomagania. Nie wiem, czy to było spowodowane wiekiem, czy faktem, że się wysypiałem, a przynajmniej nie kimałem po 3-4 godziny z własnej, nieprzymuszonej woli. Później nastąpiło przejście w nowy etap, w którym zaczęło się nie dość, że znacznie wcześniejsze wstawanie, to jeszcze późniejsze chodzenie do łóżka. Ale to nie zawsze było uciążliwe zwłaszcza, że za każdym razem godzinę dało się urwać jeszcze w autobusie :). W razie czego była kawa, a jak coś to dwie blaszki za magiczny napój, który dawał mniejszego, bądź większego spida. Tak jak na przykład na pierwszym semestrze, w trakcie jednego z czwartkowych, jesiennych wykładów, chyba z systemów politycznych. Poszedłem do położonego obok uczelni sklepu „Banan” i nie pamiętam co to był za specyfik, ale nigdy później nie nosiło mnie tak jak wtedy. Chyba wycofali go z produkcji :P Pamiętam tylko złotą puszkę ;). Spożycie tego typu dopalania, eskalację zaliczało w czasie sesji. Jeszcze przy pierwszej, najbardziej hardkorowej nie było tego aż tak dużo. Bardziej pamiętam Pluszzza Sesja i kawę przed feralnym egzaminem z historii. Na następnych sesjach dzięki wszelkim klonom Czerwonego Byka (np. Big Nuke, który później zniknął z półek ;)) umiałem przetrwać noc na niespecjalnie ciekawym zajęciu, tj. uczeniu się, a w razie czego wyciągnąć jeszcze godzinkę-dwie więcej. Zazwyczaj dawka wystarczająca to było około pół litra na noc. Przy ostatnim dniu przed examem resztka zostawała na rano, co by lepiej i szybciej wejść w dzień. Niektórzy jednak przeginali i w przerwie między nauką odnotowali także wizytę w szpitalu. U mnie pod koniec nauki był odczuwalny lekki wstręt do kwaśnego posmaku i dziwne uczucie w żołądku. Fakt faktem, że wzrastająca liczba pozycji na rynku energetyków i co za tym idzie obniżenie ich cen poskutkowały tym, że zacząłem sięgać po nie trochę częściej, albo w chwilach, gdy potrzebne było 100% skupienia (czyli np. przed meczem), bądź też w cieplejszych miesiącach, gdy kawa nie jest dobrym pomysłem. Po jakimś czasie uczciwie zacząłem nazywać wszelkie napoje tego typu „ćpaniem”, bo trochę jest w tym prawdy. Na koniec jeszcze jedna ważna kwestia. Wspomaganie szło (i wciąż w sumie idzie) również bardzo często przed wszelkimi imprezami, melanżami itp. kiedy wiadome było, że nie odeśpię sobie ani minuty za dnia. Straszono mnie kiedyś (dokładnie na beforze przede legendarną imprezą w Oranżu :P), że szybciej wtedy bierze, ale mi to zazwyczaj rzeczywiście pomagało. Inna sprawa, że najzdrowsze na świecie to nie było, no ale…

    F jak futsal

    W różnych etapach życia trenowałem różne sporty. Tak się akurat złożyło, że studia miały być momentem, „kiedy się za siebie wezmę”. Pochłonięty wirem kolejnych obejrzanych gal i napisanych newsów, powiedziałem sobie, że zacznę trenować MMA. Okazało się jednak, że pochłania to za dużo czasu, a ustaliłem, że jak nie mogę czegoś wykonywać na 100%, to lepiej się za to nie brać. Poza tym nie do końca współgrało to ze studenckim trybem życia. W międzyczasie zagraliśmy nasz pierwszy uczelniany turniej halowy, w którym wypadliśmy bardzo dobrze (porażka w finale dopiero po karnych). Jakoś w tamtych czasach zacząłem grać również na LLH. Początkowo patrzyłem na to bez wielkiego ciśnienia, ale po jakimś czasie kopania i po zdobyciu paru medali zacząłem na ten temat myśleć w sposób coraz bardziej poważniejszy. Stopniowo wciągała mnie ta atmosfera hali, małej i nieodbijającej się piłki, małych bramek, twardych lądowań i długich ślizgów. Do tego stopnia, że gdy przychodziło zagrać na powietrzu normalną piłką, czułem się po prostu zagubiony. Gdy były mistrzostwa świata i Europy zaczynałem doglądać jak grają bramkarze, jakiego sprzętu używają i jak trenują. Również podjąłem próby gry w uczelnianym AZS-ie, ale udało się dopiero osiągnąć to na ostatnim, piątym roku (z bardzo średnim skutkiem). Ogólnie a propo AZS, atmosfera KUL areny zawsze była dla mnie czymś szczególnym. Zawsze z radością przychodziłem z torbą i zostawiałem tam litry potu i nigdy nie miałem żadnego kryzysu treningowego. To samo zresztą tyczyło się gierki w każdym innym miejscu, lecz akurat na Konstantynów wspominam to wszystko najlepiej. Zwłaszcza, gdy po pierwszym roku nie mieliśmy już WF-u i z Barim lataliśmy regularnie jeszcze na drugim roku dla własnej przyjemności. Ja z małymi przerwami śmigałem na halę KUL przez prawie pięć lat, toteż teraz czuję się naprawdę dziwnie, wiedząc, że ani nie będę wstawał już o 5 rano, by na 7.30 dojechać na kopanie piłki, lub też zrywał się na wieczór, bo na 19 trening i wracał tym samym 150 lub 151 pod osłoną nocy.

    G jak głośniki

    Nie jest tajemnicą, że muzyka towarzyszy mi od długiego czasu przy bardzo wielu chwilach, często tych bardzo ważnych w życiu. Słuchawki na uszach to był wręcz nieodłączny element podróży autobusowych, czy to międzymiastowych, czy miejskich. Sam nie zliczę, ile przewinęło się utworów przez pamięć mojego telefonu i z 3-4 odtwarzaczy. Lil Jon na dobry początek dnia, czy Grammatik na finisz po męczącym, 10-godzinnym przesiadywaniu na uczelni. Kolejna ważna rzecz – koncerty, na które śmigać lubiłem, czy to sam, czy z ekipą. Najlepszy z nich? Bracia Figo i Fagot w Fonobarze, mimo że to było w zasadzie z parę miesięcy temu :P. Także zawsze przy jakichś bardziej kameralnych popijawkach grały sobie jakiś tam numerki. Jeszcze jedna kwestia, czyli lubelskie kluby. Mimo, że nie było za mocnej ekipy do tego typu rozrywek (nie licząc 1 roku), to chyba najlepiej wspominam wszelkie imprezy w Fashion, czyli Faszyźmie. DJ zawsze robił tam kapitalną robotę w mojej opinii, a jak już grało co trzeba z głośnika, to i reszta nie mogła się nie udać ;). Chociaż przyznam, że jak za pierwszym razem szedłem do tego przybytku, to miałem pewne obawy ;) No i w sumie już chyba w samym LBN nigdzie pod tym względem nie było aż tak dobrze. Na koniec tego podpunktu chciałem jeszcze nawiązać do tego, że poszczególnym kawałkom przypisujemy dane chwile w życiu. Jakbym jednak chciał zrobić wykaz utworów, w połączeniu ze wszystkimi momentami ze studiów… to musiałbym chyba zrobić oddzielnego posta i byłby on baaaardzo długi. Zamiast tego pokażę, jaki soundtrack zaczynał ten etap w życiu, a jaki kończył:

     



    – tego słuchałem stojąc w zatłoczonym busie do LBN, jadąc na rozpoczęcie roku. Miałem swoje problemy, ale wchodziłem w nowe czasy z nadzieją na coś, co nada życiu nowych kolorów :)

     



    – mimo że to było niedawno, ten kawałek wpadł mi jakoś chyba jak jeździłem po Lublinie załatwiając różne sprawy (nie wiem przypadkiem, czy jak oddawałem mgr do dziekanatu). Przekaz jest prosty – jutro też jest dzień, by robić te wszystkie rzeczy, które robiłem do tej pory ;)

    H jak hajs

    Studencki budżet raczej nie bywa zbyt wielki, toteż człowiek chcąc mieć to kilka złociszy dodatkowo, podejmuje się różnych zajęć. Jeszcze przed pierwszym semestrem na studiach próbowałem pracować na budowie, ale po dwóch dniach zawiodły plecy. Stało się jasne więc, że budowlańca ze mnie nie będzie. Podczas pierwszych wakacji z legitymacją studencką zacząłem więc szukać czegoś mniej eksploatującego i mimo wszystko czystszego. Chodziłem po różniastych agencjach pracy tymczasowej, lecz nic ciekawego nie udało mi się zdziałać, aż trafiłem do ITC. Oferty na sms, dosyć jasne zasady no i (w drugiej siedzibie, bo później się przenieśli) pani Magda, dzięki której szło się tam z niekłamaną przyjemnością ;). Hajs niespecjalny, lecz zawsze to coś. Pierwszy pracodawca to był Leclerc na Zana. Robota prosta jak konstrukcja butelki z browarem – wykładka towaru, paleciakologia i magazyn. Męczące, ale bezstresowe (poza jednym razem, kiedy na spożywczym kierowniczką była totalna suka, która dawno chyba nie miała wiadomo czego wiadomo gdzie…). Później trafił się pojedynczy, nocny remanent w Leroy-Merlin – jeżdżenie na paleciaku, bo i sklep pusty, a także przysłuchiwanie się rozmowom niejakiego Berniego, których nie powtórzę, ale które były baaardzo ciekawe ;). Okazało się, że jeszcze jakiś czas później tam wróciłem. Gdy pojawiła się oferta roboty w lubelskim Polmosie (a.k.a Stocku) to postanowiłem iść za ciosem i wziąłem sobie od razu 6 dyżurów z rzędu. Po drugim dniu żałowałem tego maksymalnie, ponieważ zesłany zostałem wtedy na linię. A tam… nie ma czasu na opierdalanie się, bo produkcja stanie! Dzięki mnie stało się tak ładnych kilka razy ;P. Odniosłem wrażenie mimo wszystko, że ostatni dzień był jednym z lżejszych. Do produkcji Gorzkiej Żołądkowej i Stocka jednak już nie wróciłem, bo mimo wszystko miałem dosyć. W następne wakacje natomiast spróbowałem czegoś zupełnie nowego, przed czym przestrzegało mnie paru znajomych. Posiadłem tajemną wiedzę pracy na kasie w markecie. W podobnym czasie udałem się na szkolenie do OBI na Zwycięskiej i wspomnianego już Leclerca. Myślałem, że robota na tym szczytnym stanowisku w markecie budowlanym będzie znacznie łatwiejsza niż w spożywczym. Paradoksalnie było odwrotnie. Co z tego, że w markecie spod znaku bobra dali mi gustowną, kraciastą koszulę, skoro jedyna zmiana, jaką tam wziąłem była jednym z najbardziej stresujących przeżyć w ostatnim czasie? Do tego praca na stojąco i mega skomplikowana procedura rozliczeń. Tragedia. Miałem jeszcze zapisaną drugą zmianę, lecz nazajutrz szybko ją odwołałem. Co innego w Lecu. Siedzonko i skanowanie… Wiadomo, że nie była to robota marzeń, ale czasami jak już się włączał automat to czas leciał w miarę szybko ;). Do tego stopnia było to znośne, że dorabiałem sobie tam jeszcze w trakcie roku akademickiego. Nawet nie pamiętam do kiedy. Może jeszcze w następne wakacje? Ostatnie zajęcie było związane już z branżą sportową… Dokładnie chodziło o nockę w Decathlonie :P. Tyle, jeżeli chodzi o mnie. Inni? Herbapol, kuchnia ciapata, bar, sklep z ciuchami – to pierwsze co mi przychodzi do głowy. Odliczam oczywiście wszystkich tych, którym dane było iść rzeczywistą ścieżką zawodową już wcześniej, nie zaś tylko sobie dorabiać.

    I jak inauguracja

    Pamiętam ten dzień w miarę dobrze. To była środa. Wiadomo, krawat, koszula, słuchawki na uszach i wsiadam w jakiegoś długodystansowego, straszliwie zawalonego busa. Dojazd do uczelni raczej gładki. Wchodzę na GG, a tam ludzi jak przysłowiowych (;)) mrówków. Idę na piętro, rozglądam się, lecz nie ukrywam, że czuję się trochę zagubiony. Wszak wolnej przestrzeni bardzo niewiele. W końcu udaje mi się dotrzeć bliżej drzwi, po których ujrzałem pierwszą personę znaną z forum NK (na integracjach przedsezonowych jakoś nie udało mi się pojawić), czyli Huberta. On także mnie poznał, zaraz potem dołączyło parę innych osób, a wraz z nimi L10. Wówczas nie wiedziałem, że udawanie ryby (charakterystyczne łapanie powietrza na kacu) będzie jego cechą charakterystyczną. Okej, gadka szmatka, oficjalka na auli. Dalej trzeba było pognać do CJP, żeby przywitać się w podobny sposób, ale już z samymi władzami instytutu. Utkwiło mi z tamtego spotkania to, że Dycz pytał się kto jest z Lublina a kto nie. Lila wówczas puściła tekst „ja nie jestem z Polski”, za co dostała owację od ponad setki osób znajdujących się w pomieszczeniu :P. Zresztą w tej samej sali mieliśmy później wykłady z historii i systemów politycznych. Kolejny bardzo zresztą ważny moment, to ten w którym staliśmy pod xero na parterze w kółeczku, czekając na odbitki planu zajęć. Ustawieni byliśmy tam co ciekawe: ja, Alvarez, TQ i Broku, chyba bez Bariego. Kto by przypuszczał, że właściwie do końca drugiego roku będziemy się trzymać ściśle właśnie w tym pięcioosobowym gronie? Pamiętam pierwsze co usłyszałem od Tomka: Kiedy pijemy? Piękny początek trwającej do dziś znajomości :P Kolejny kurs to Quattro, w zupełnie innym składzie. Wówczas aura była bardzo przyjemna, więc siedliśmy sobie na zewnątrz. Mały browar, bo wówczas jeszcze na tygodniu nie piłem i właściwie pierwsza gadka na spokojnie z osobami, z którymi miałem przez najbliższe lata dzielić uczelniane mury. Z kolei tam najbardziej charakterystyczne było, kiedy L10 oznajmił, że musi uciekać, bo zalało im mieszkanie. Dalej już chyba tylko PKS i powrót do starej, lubartowskiej rzeczywistości. Nazajutrz natomiast pierwszy dzień zajęć. Na dzień dobry WF, na który spoóźniłem się z pół godziny. Dalej, wykłady organizacyjne, ogromne okienka i straszenie sądem pani od angielskiego za xerówki książek ;) Także wiekopomny dialog między mną a TQ: – ej, oglądałeś Hał Haja? – z piędziesiąt razy :) Na koniec dnia generalnie nie żyłem, bo do braku snu i tego klasycznego zajebania dopiero się przyzwyczajałem ;). Tak zatem zakończyły się dwa pierwsze dni z pięciu lat bycia studenciakiem ;).

    J jak Jesienna

    Trzeci rok był dosyć charakterystyczny. Przede wszystkim podzielono nas na specjalki, a także trzeba zacząć było powoli myśleć o pierwszej pracy naukowej w życiu. W wakacje natomiast wybuchła mała bomba. TQ wraz z Zającem (nie od nas z roku ;)) szukał współlokatora na nowej stancji na Bronksie, właśnie na ul. Jesiennej. Przez jakiś czas błądził, błądził, po czym znalazł człowieka do mieszkania. Był to Brok, który miał małe zawirowania w życiu prywatnym i stał się wolnym człowiekiem, także szukającym czterech kątów. Panowie się dogadali i przez rok było to miejsce będące swoistą bazą wypadową i centrum dowodzenia. Biedro obok, dalej Dildo (zwane Lidlem), fajne mieszkanko, ziomeczki na pokładzie… czego chcieć więcej? Od tego trzeba zacząć, że na trzecim roku bywałem tam baaaardzo często. Odbywało się to nieraz tak, że zachodziłem do markietu po zupkę, jakąś pizzę albo zakiepankę, czasami jakieś browarki i się kręciło. Tematów do obrad zawsze kilka było stałych, jak: rap, sport, studia, dupy (o, to szczególnie, zwłaszcza po przejściach Broka i moich). Wszystko to odbywało się w serdecznej atmosferze pojazdów, głupich tekstów („ŚMIESZY CIĘ TO?”, „pewnie, jasne, spoko, olewaj mnie”) i filmików z youtube (old people burning, old people burning). Wiele z tych rozmów miało jednak dosyć poważny ton, z podkreśleniem tematów o kobitach. Nikogo zatem nie dziwiło u mnie w domu, że wyjeżdżałem rano, a przyjeżdżałem kilka ładnych godzin po zajęciach. Jak coś, można było zawsze przekimać, ponieważ miałem tam swój materac przywieziony w zamyśle na jeden raz, na imprezę w Faszyźmie. Zresztą powroty z baletów to zawsze była dobra strona tej lokacji, zwłaszcza w czasie jak śmigaliśmy po mieście z Brokiem (nocny prawie pod drzwi). Procentów tam też się trochę wylało, nie ma co się oszukiwać. Poza mną w to miejsce przychodziło także stale parę innych person, także dosyć dobrze oddawało to absurdalny, acz przyjazny klimat tego miejsca (przypomnieć sobie tylko mapę myśli z hasłem będącym moim nazwiskiem :P). Wydawało się, że na czwartym roku będzie już tylko lepiej, bo z powrotem łączyli nas w jedną całość. Rzeczywiście, przez październik było wręcz zajebiście, a punktem kulminacyjnym było tzw. rum party. Były także duże plany ze studiem nagraniowym. Niestety, później było już tylko gorzej, a moje wizyty z różnych względów (m.in. brak czasu TQ, zmiany u Broka) do końca roku można było policzyć na palcach. Przyniosło to upadek twierdzy Jesienna, która przestała tętnić życiem i obróciła się o 180* jeżeli chodzi o klimat. Bezpowrotnie. Ostateczne pożegnanie się dziennikarzy z tą lokalizacją nastąpiło z końcem czwartego roku w dosyć nieprzyjemnej atmosferze (właściciel przekrętas).

    K jak kosa

    W niemałej grupie, w której zachodzi bardzo dużo relacji międzyludzkich nie da się uniknąć tarć i antagonizmów. Tak też było na naszym roku, zarówno na licencjacie (ok 100 głów) i magisterce (ok 60). Przez pierwsze lata na moje oko to było tak, że jak ludzie się poznawali to z góry było wiadomo, że X nie dogada się z Y. Przede wszystkim wchodziła w grę różnica charakterów, ale również światopogląd i inne związane z tym rzeczy. Takie używając kibicowskiej terminologii „kosy” były obecne wśród obu płci. Mało tego, były takie osoby, do których niechętnie podchodziło dosyć sporo osób, ale raczej niespecjalnie się one tym przejmowały ;P Co ciekawe, po pierwszym etapie studiów sporo z nich opuściło KUL, na rzecz innych kierunków, uczelni i miast. Dzięki wszelkim scysjom także wykształciły się grupy, widoczne bardziej już na drugim roku. Na drugim stopniu, ze względu na małą ilość nowych osób to dłużej nie miało miejsca. Jak już coś się że tak powiem zjebało, to wśród starej gwardii. Nie było tego dużo, lecz na tym etapie cięcia były już w mojej opinii nieco poważniejsze. Nie dało się tego jednak już do końca naszych studiów osobom zainteresowanym odwrócić. Z mojej perspektywy mnie to tylko lekko irytowało, gdyż osobiście kosę miałem raz (i to niezbyt intensywną, oznaczającą zerwanie kontaktu), co było wynikiem procederu opisanego pod literą D. Ostatecznie z zainteresowaną osobą po kilku miesiącach powróciłem do dobrych relacji. Jakieś mniejsze tarcia mógłbym policzyć natomiast na palcach jednej ręki. Raczej starałem się ludzi scalać poprzez organizację wszystkich tych semestralnych i końcoworocznych popijaw. Nie znaczy to jednak, że nigdy nikt nie irytował mnie swoim postępowaniem i zawsze mi wszystko pasowało ;)

    L jak Lublin

    Przed rozpoczęciem edukacji wyższej Lublin kojarzył mi się przede wszystkim z zakupami. Jak przykleiło się trochę kwitu, to jechało się do stolicy województwa i się go tam w sposób dosyć różny wydawało (głównie w sumie na ciuchy, ale także na elektronikę, gry itp.). Przeświadczenie było takie, że można było znaleźć tam wszystko, czego nie było w Lubartowie. Tam gdzie trzeba, oczywiście można było dojść z buta (bo po co dalej niż na Krakowskie?), a komunikacja miejska nie była potrzebna. Dopiero później człowiek zaczął poznawać tą metropolię i im dłużej jeździł tymi wszystkimi autobusami, a także zapuszczał się w różne miejsca, tym bardziej dochodził do wniosku, że w gruncie rzeczy ten Lublin aż taki wielki nie jest. Przez pięć lat człowiek jednak zdołał się przyzwyczaić i przywiązać do tego miasta. Tu w końcu przypadł podobno najlepszy okres w całym życiu (piszę „podobno”, bo wierzę, że będzie jeszcze pięknie ;)) i w istocie było naprawdę zajebiście. Z początku głównie obracałem się w okolicach centrum, lecz bywało się z różnych powodów w rozmaitych miejscówkach (robota, czyjaś baza, praktyki, uczelnia itp.). Okoliczności prowadziły także tam, gdzie normalnie nigdy bym się nie zapuścił. Przykładowo – co miałbym robić na Mełgiewskiej, gdyby nie konieczność zrobienia materiałów do radia? Gdyby nie przenieśli naszego instytutu na Majdanek, i gdyby TQ nie wynajął tam bazy, to czy kiedykolwiek spędzałbym na Bronksie całe dni? W sumie tylko dzięki uczelni tamta część LBN nie pozostała dla mnie białą plamą. Na Felinie z kolei odbywała się Feliniada UP, a także mieszkał tam były Magdy, z którym również miałem dobre relacje. Na temat praktycznie każdej dzielni mam jakieś tam skojarzenia i mógłbym nawinąć od kilku do kilkudziesięciu tysięcy słów. Jakby ktoś spytał mnie „jakie jest twoje ulubione miejsce w Lublinie?”, to… chyba faworytem byłaby cała ul. Nadbystrzycka, z którą mam same dobre skojarzenia, wokół której unosi się jakaś niesamowicie pozytywna aura. Kebaby, pierogarnia, Polibuda, Kazik, Juwenalia, hala PL, after u Szani w TBV, imprezy na Pielgrzymiej (bocznej ulicy), Lidl, czy w końcu legendarna stancja Tomka z drugiego roku. To jest pierwsze, co mi przychodzi do głowy. Chociaż równie dobrze mógłbym wskazać na ul. Langiewicza, czyli po prostu miasteczko akademickie: bary, monopole, Arena, AOS. Z początku, po dwóch-trzech latach studiowania myślało się, że to miasto bez tych wszystkich ludzi nie będzie miało w sobie tego czegoś. Wystarczyło jednak skończyć studia, żeby stwierdzić, iż nawet gdy jestem tu sam, to Lublin bez dwóch zdań jest zajebisty i będę tu zawsze wracał z ogromną przyjemnością. Wszak tak naprawdę każdy kąt, każda ulica i linia autobusu jest dla mnie z czymś związana. PS. Jeżeli się ze wszystkim wyrobię i będzie mi się chciało, to prawdopodobnie na FB zrobię tribute dla LBN, ale dzień dzisiejszy nic nie obiecuję ;)

    M jak magister

    Zaczynając studia, wielu z nas wiedziało, że celem głównym naszej przygody są magiczne trzy litery przed nazwiskiem. Daruję sobie już opisywanie od samego początku, bo o licencjacie napisałem wszystko już w poprzednim zestawieniu. Skupię się na ostatnich dwóch latach. Tak więc sam drugi stopień studiów to w mojej skromnej opinii była bardziej kula u nogi niż coś użytecznego. W dużej większości dalej teoria bardziej dla ludzi myślących o doktoracie, czy jakimś medioznawstwie (i w sumie podobno takie było założenie). Zajęcia więc raczej służyły ku zaliczeniu obowiązku, niż skorzystaniu (ktoś pewnie coś wyniósł, ja w przeważającej części niewiele). Z samą pracą naukową było jeszcze weselej. Właściwie to zacząłem ją pisać w grudniu 2012, na chyba 2-3 dni przed legendarną imprezą u Arka. Motywację miałem więc taką, by na zaliczenie zakończyć do dnia party cały pierwszy rozdział. Ostatecznie nie do końca się to udało, ale rozdział zakończyłem i wpis za semestr odebrałem. Schody zaczęły się, gdy postanowiłem jakoś na wiosnę zabrać się za ciąg dalszy. Wyszedłem z założenia, że jeżeli licencjat napisałem w 2-3 miesiące, to i tutaj dam radę. Niestety nie dałem. Okazało się „zaskakująco”, że ilość materiałów do przepatrzenia i przetworzenia jest DUŻO większa, niż w przypadku pierwszej pracy. Niby oczywistość, ale jednak nie do końca… Tak więc same badania i ich opracowanie zajęły mi tyle, że w czerwcu się po prostu nie szło zupełnie wyrobić. Do tego wszystkiego doszło kilka wypadków losowych i okazji, które nie pozwoliły zrobić tego, co sobie zamierzyłem. Nastąpił w tamtym okresie czas, w którym przeżywałem największy kryzys i rzygałem już bibliotekami. Cóż, nigdy kampanii wrześniowej nie miałem, to chociaż obrona na sam koniec… W wyniku tego poświęciłem na pisanie i zmuszanie się do tego wszystkie ciepłe miesiące, a i tak dokańczałem całość chory i oddawałem to (w wyniku niewiarygodnej dezinformacji z dziekanatu i wewnątrz roku) na ostatnią chwilę i to dzięki mojej promotor, która przedłużyła mi termin w centrali o 3 dni. Skończyło się happy endem, chociaż oblewanie w Lublinie miałem bardzo skromne, bez nocnej najebki.

    Witam, siema, cześć. Trochę mnie tu nie było, ale przyznać muszę, że działo się w moim życiu bardzo wiele od ostatniego wpisu. Tradycyjnie w takiej sytuacji zastosuję punkty, punkciki:

    - Sylwester (<brawa> dla Caryk i Marcina) jak zwykle na grubości!. Starzy, dziennikarscy znajomi tradycyjnie, nowo poznani również na poziomie. Dodatkowo, pierwszy raz od niepamiętnych czasów podczas, gdy dzwoniłem do kogo się da, rozmawiałem w miarę spokojnie i nawet dało się mnie zrozumieć. Niestety tego typu imprezy mają to do siebie, że zazwyczaj idzie mocny mix szampana z czterdziestką, co się dla mnie skończyło dość średnio. Na szczęście już pod sam absolutny koniec, także nic nie straciłem ;) Następnego dnia spacerek po półwymarłym Lublinie i powrót bez większych perturbacji do domu :).

    - po nowym roku tradycyjnie już przyszły urodziny u Kuliniaka. „Jak wóda wchodzi na kompanię, to nie dziwne że się chujnia dzieje” cytując klasyka polskiego internetu. Generalnie na Hirszfelda zawsze działo się przegrubo i zawsze kończyło się to podobnie. W tym roku haczykiem był fakt, że piłem z większego szkła niż reszta…

    - sesja zimowa bez żadnych problemów. Trochę stresu było przy Dyczu i zaliczeniu towarzyszącym z ćwiczeń, ale poszło w miarę lekko. Do tego 15-minutowy egzamin z kulturowego oddziaływania mediów i formalność z reszty, po czym można było powiedzieć że kolejna sesja przeszła do historii :) 30 stycznia miałem już zaliczony semestr.

    - Wielkie Posesyjne Piwo 2013. Dzięki Latosowi, który udostępnił swoje włości impreza semestralna odbyła się po raz pierwszy na domówce. Miła atmosfera, zadowalająca frekwencja, dużo wrażeń zakończonych raniutko. Świetnie.

    - zakończenie sezonu LLH – absolutna katastrofa, nie tak miało być. Szkoda takiego finiszu, ale cóż… Całość okupiona jeszcze bardzo bolesną kontuzją, w wyniku czego miałem na 3 tygodnie jakiekolwiek granie z głowy.

    - po tych trzech tygodniach udział w dziwnym mosirowym turnieju na hali z dużymi bramkami. O dziwo wygrany.

    - zagranie w paru meczach polibudowej Ligi Mistrzów. Niestety tylko jeden dzień, bo następnego w Lublinie być nie mogłem. Do tego trzeba dodać swój debiut w rozgrywkach AZS na dużym boisku. No dobra, przesada z tym debiutem, bo siedziałem na ławce ;)

    - muzycznie wszystko na wiosnę szło w miarę nieźle, tyle że cała ta sielanka została przerwana moim deadline’m magisterskim (o tym za moment) i likwidacją Studia Bomba, przez co została jedynie miejscówka na Czechowie. Do dnia dzisiejszego od chyba półtora miesiąca nic się nie ruszyło, ale prędzej czy później to wypuszczę…

    - magisterka – miałem ZERO motywacji i nie zwiększała się ona z każdym kolejnym dniem przybliżającym mnie do terminu oddania. Dodatkowo faza badań, której towarzyszyły różne zdarzenia losowe, przedłuża się do dnia dzisiejszego. Tak, w końcu nie złożyłem pracy, o obronie nie wspominając. Tak czy inaczej mam nadzieję napisać wszystko do końca lipca i spokojnie się obronić we wrześniu. Jak przez 5 lat studiów wszystko szło zgodnie z planem (no, większość) to na sam koniec będę miał jeszcze dodatkowe atrakcje. Nic to, żyć będę.

    - dużo radości z innych powodów sportowych. Szkoda tylko, że świętowanie zostało mi dość skutecznie popsute…

    - powrót na scenę po dwóch latach krótkim supportem przed Ras Lutą dzięki Mighty Lion Soundsystem. Dzięki wielkie! Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec!

    - dwudziestkaczwórka – imprezka zrobiona po raz kolejny w kultowym Tifo. Piękna opcja, jak zwykle z resztą ;) Nawet mimo zapomnienia pinu do karty :D Zakończone u Edyty na kwadracie z Latosem i Arkiem :D

    - kolejna niezapomniana domówka u Latosa :D

    - wizyta we Wrocławiu po 5 latach od rozpoczęcia studiów :D Generalnie było grubo i nikt się nie oszczędzał!Po czymś takim ciężko było wrócić do rzeczywistości…

    - kawalerski! Najpierw na strzelnicę, ponapieprzać trochę z kałasza, a później do Firleja, opróżnić parę butelek różnych rzeczy ;) Fakt, że dzięki młodemu najedliśmy się stresu, ale w końcu zguba się odnalazła :P

    - wesele brata! świetne dwa dni, kompletnie wyjęte z życiorysu :) zresztą niczego innego się nie spodziewałem ;)

    - Wrocław po raz drugi! Fakt, spodobało się ;)  I tym razem nie było brania jeńców, a że obiecałem, to przyjechać było trzeba :P

    - Juwenalia raczej średnie, dlatego że jak były koncerty to byłem głównie w pracy. Ale na koncert braci Figo i Fagot się załapałem :D

    - wiosna generalnie wymieszana. Z jednej strony lekki dołek i refleksja, że wszystko dobiega końca, a z drugiej imprezowy wir. Było tego jak na mnie naprawdę sporo…

    - bal magisterski! Mimo, że nie było jakoś szałowo z frekwencją, to mimo tego było naprawdę zacnie! Była Victoria, ale nie było Balantajnsa :P

    - w pracy bardzo różnie. Huśtawka. Jest źle, jest dobrze, jest średnio…

    - no i zakończenie studiów. 5 lat wspólnej nauki, imprezowania, zbierania doświadczeń – tych lepszych i gorszych. Najpierw była część oficjalna, potem natomiast tradycyjny AOS czyli Final Arena! Pogoda nas oszczędziła, bo chociaż nie było 30 stopni w cieniu to chociaż nie padało a i Syberii nie było. Frekwencja jak zwykle bardzo dobra, alkoholu nie brakło, a i pojawiło się parę osób, których bym się nie spodziewał. Szkoda, że to już koniec i że nie zobaczymy się na majdankowych korytarzach w październiku. Było pięknie, jak to powiedział jeden z naszych wykładowców na promofilmiku :)

    Zresztą więcej o tym na pewno jeszcze napiszę w oddzielnych postach. Stay tuned…

    Za mną kolejny rozdział w życiu. Teraz chyba ten najtrudniejszy, bo trzeba stawić czoła temu całemu syfowi i niepewności. Ludzie nazywają to „dorosłym życiem”. Czy będzie on, równie dobry co ten poprzedni, to zależy od wielu rzeczy…

    Pozdróweczki!


    • RSS